|
POLSKA NIOBE
RELACJA ŚWIADKA
MARIANNY SOROKI ( fragment)[1].
Nazywam się Marianna Soroka. Urodziłam się 8 września 1908 roku we
wsi Wola Ostrowiecka, powiat Lubomi, woj., Wołyń w rodzinie chłopskiej. W
roku 1943 byłam matką pięciorga dzieci: Stanisława – lat 15; Edwarda
– lat 12; Janka – lat 10; Leona –lat 6 i Józefa 1,5 roku. Mój
mąż Stanisław był rolnikiem 8-hektarowego gospodarstwa rolnego. Żyło się
nam chociaż ubogo, ale spokojnie i szczęśliwie.
Kiedy wracam myślą do tamtych czasów, do tamtych dni, to słyszę gwar
moich kochanych dzieci, który wypełniał cały dom. Gdzież one są? Odeszły
tak nagle. Mój Boże. Trudno mi wspomnieć tamte dni. Była niedziela, 29
sierpnia 1943 roku. Poszłam do kościoła na Ostrówki, bo tam była nasza
parafia, na sumę, na godzinę 11-tą. Ksiądz Dobrzański podczas kazania podał
do wiadomości wiernych, że Ukraińcy szykują się do mordowania Polaków we
wsiach Wola Ostrowiecka i Ostrówki. Ostrzegł swoich parafian, aby czuwali, bo
nigdy nie wiadomo, kiedy to nastąpi. Całą noc czuwaliśmy, bo właśnie w
nocy spodziewaliśmy się napaści Ukraińców na naszą wioskę.
Noc minęła spokojnie. Nadszedł zwykły dzień, poniedziałek 30
sierpnia 1943 roku. Wraz ze wschodem słońca robiłam obrządek w gospodarstwie
wraz z mężem. Dzieci spały. Tymczasem
we wsi działy się dziwne rzeczy. Do wsi wola Ostrowiecka od strony zachodniej
wkroczyły zwarte oddziały Ukraińców na koniach i pieszo,uzbrojone w karabiny
i pistolety. Nikt we wsi nie spodziewał się, że Ukraińcy w biały dzień
mogli wkroczyć do wsi. Tego jeszcze nie było. Zobaczyłam Ukraińca na koniu,
który jechał w kierunku naszego domu. Ogarnęła mnie trwoga, ale zachowałam
spokój. Mój mąż Stanisław krzątał się po podwórku. Ukrainiec na koniu
zbliżył się ku nam, pozdrowił i zawiadomił nas, żeby mężczyźni stawili
się na zebranie na placu szkolnym. To jest obowiązek. Cóż było czynić.
Stanisław przebrał się, coś niecoś się posilił i udał się na to
zebranie, z którego już nigdy nie powrócił. Został wraz z innymi zarąbany
siekierami i wrzucony do rowu za stodołą Strażyca.
Nie upłynęło wiele czasu, kiedy znowu pojawiło się tym razem dwu
konnych Ukraińców, którzy tym razem wzywali wszystkich mieszkańców na
zebranie na plac szkolny.
W przeczuciu zagrożenia wysłałam
syna Edwarda- lat 12 z krowami na pastwisko. Do chłopaka strzelano, lecz
dzięki opatrzności Bożej uszedł z życiem. Ukrył się w zaroślach, ja zaś
z czwórką pozostałych dzieci udałam się wraz z sąsiadami na to zebranie.
Tymczasem Ukraińcy – mordercy nie zapędzili nas na szkolny plac, lecz do
stodoły sąsiada i tam nas zamknęli. Spośród nas wybierali mężczyzn i pędzili
pod eskortą. A kiedy już nie stało mężczyzn, zabierali kobiety i dzieci i pędzili
pod eskortą uzbrojonych bandytów w nieznanym kierunku. Nie wiem o której
godzinie, ale było to chyba grubo po południu, rozległy się strzały z broni
maszynowej od strony południowej wsi Wola Ostrowiecka.
Wśród Ukraińców powstał popłoch. Już nie wyprowadzali ze stodoły
grupki kobiet i dzieci, ale zaczęli strzelać do zebranych w stodole. Powstała
panika wśród zebranych w stodole. Wielu zginęło od pierwszych strzałów. Trójka
moich dzieci: Stanisława, Janek i Leon, została zabita przez Ukraińców-morderców.
Ja zaś ze swoim najmłodszym synkiem na ręku wybiegłam ze stodoły. Biegłam,
biegłam. Usłyszałam huk i w tym samym czasie okropny krzyk mojego dziecka Józia.
Upadłam trzymając dzieciaka na ręku. Poczułam ból w ramieniu lewej ręki.
Krew sączyła się z rany. Kula dum-dum przeszyła mięsień i kość ramienia
lewej ręki. Nie zdawałam sobie sprawy, czy mój syn Józio żyje, czy tez nie.
Byłam bardzo osłabiona z upływu krwi.
Nie pamiętam ile trwało to omdlenie. Wkrótce poczułam pragnienie, więc
zaczęłam się czołgać. Na moje szczęście pojawi się cudem ocalały brat
mojego męża Aleksander Soroka. On to przyniósł mi wody, która ugasiłam moje
pragnienie. Lecz wkrótce znów straciłam przytomność. Obudził mnie z
omdlenia właśnie szwagier Aleksander. Poprosiłam Aleksandra, aby poszedł do
mojego mieszkania, wziął prześcieradło
i pociął na bandaże i owiną moja ranę. Wkrótce Soroka Aleksander
przyniósł płótno-prześcieradło i naftę. Naftą
wydezynfekował ranę i owinął czystym płótnem. Poczułam ulgę. Postanowiłam
dowlec się do swojego domu, by tam umrzeć. Cóż mi pozostało. Ci, których
kochałam najbardziej odeszli na zawsze. Chciałam się z nimi połączyć tam,
na drugim Świecie, u pana Boga....”
WSPOMNIENIA
DZIECI KRESÓW Cudem ocalonaW
1943 r. (miałam wówczas dziesięć lat) nasza wieś
Aleksandrówka na Wołyniu boleśnie doświadczyła kilku napadów rezunów
ukraińskich wywodzących się z naszych i sąsiednich wiosek. Najtragiczniejszy
z nich miał miejsce 15 lipca około godziny 9 wieczorem. Bandyci –
uzbrojeni w widły, siekiery, maczugi, noże oraz broń palną okrążyli naszą
wioskę i zaczęli spędzać ludzi w jedno miejsce. A gdy ktoś próbował
uciekać, wówczas strzelali za nim. Schwytane dzieci brali za nogi i głową
uderzali o węgieł domu czy innego budynku. Pamiętam dokładnie, jak moi
rodzice podeszli do nas, do czwórki dzieci, mówiąc, że banda jest bardzo
blisko i musimy uciekać z wioski. Zrozpaczeni, w pośpiechu pożegnali się z
nami. Ojciec do przygotowanych przez mamę węzełków włożył nam na drogę /
zamiast pieniędzy, którym w domu ograbionym przez wojnę nie było/ po butelce
bimbru mówiąc, że gdy będziemy głodne, to ktoś da nam za niego kromkę
chleba, lub talerz gorącej strawy. Rozbiegliśmy się w różne strony. Gdy
dobiegłam do pszenicznego zagonu, padł strzał i poczułam straszny ból w
nodze. Karabinowa kula przeszła przez stopę. Porażona postrzałem upadłam i
zaczęłam się czołgać przez zboże do najbliższej wysokiej miedzy, pod którą
wygrzebałam jamę i w niej przeleżałam do świtu. Do poranka słychać było odgłosy
strzelaniny i przerażające krzyki
męczonych i mordowanych ludzi. Noga coraz gorzej bolała. Byłam bliska
omdlenia. Wtedy przypomniałam sobie o wódce w węzełku. Z koszuli, nasączonej
alkoholem, zrobiłam sobie opatrunek. Ziemię, która leżała obok wygrzebanej
jamy rozsypałam garściami po zbożu, aby nikt nie mógł domyśleć się, że
pod miedzą ktoś jest. Mijały
dzień po dniu, wyczerpał się skromny zapas żywności i głód
oraz pragnienie zaczęły mi coraz bardziej dokuczać. Za napój służył
mi bimber, a jedzeniem były ziarna wyłuskane z kłosów zbóż. Po tygodniu, w
niedziele czy poniedziałek – nie pamiętam dokładnie – usłyszałam
we wsi jakieś odgłosy. Po chwili rozpoznałam głos Ukrainki – Ulany
Sidor, naszej sąsiadki, z którą rodzice moi dobrze żyli, a ja nawet nazywałam
„ciocią”. Głodna i obolała odważyłam się pójść do niej, ale
nie mogłam stanąć na zranioną nogę, która mocno spuchła i bardzo mnie
bolała. Z trudem doczołgałam się na pobliskie podwórze, na którym była
owa „ciocia” i ze łzami w oczach zaczęłam ja prosić o kawałek
chleba. Ona groźnie popatrzyła na mnie i z nienawiścią w oczach na cały głos
wyrzuciła z siebie: „ Ty, polska mordo, jeszcze żyjesz!? Następnie
chwyciła za stojącą przy ścianie motykę. Ze strachu nie czułam bólu
okaleczonej nogi, tylko poderwałam się i zaczęłam uciekać. Mściwa Ukrainka,
goniąc za mną, zgubiła mój ślad. Chyba myślała, że uciekłam na drogę,
a ja, klucząc między zabudowaniami, powróciłam do swojej kryjówki w zbożu
pod miedzą. Noga bardzo opuchła i tak bolała, że nie mogłam się ruszyć.
Pod opuchlizną w ogóle nie było widać stopy. Żywiłam
się tylko ziarnami zboża i – stale się modląc tak, jak nauczyła mnie
mama – coraz częściej myślałam o śmierci.
Najprawdopodobniej po jedenastu dniach Ukraińcy postanowili zrobić porządek
po tym napadzie, gdyż dookoła unosił się niesamowity fetor rozkładających
się ciał. Szli więc od podwórza do podwórza, dróżkami i po zbożach, a
gdy znaleźli jakiegoś nieboszczyka, to go zakopywali na miejscu. Prześladowcy
byli coraz bliżej mnie, a ja przerażona nie wiedziałam co mam robić i w tym
momencie usłyszałam nad sobą głos jednego z Ukraińców, z którym moi
rodzice też zawsze żyli w sąsiedzkiej zgodzie. Nazywał się on Harasym Łukajczuk.
Szedł wolno i dyskretnie mówił do mnie: „ Nie ruszaj się stąd, może
cię nie zauważą. Wieczorem przyjdę po ciebie. Twój brat jest już u mnie.”
Poszedł dalej, a ja miałam szczęście, bo nikt więcej nie zbliżał się do
mojej kryjówki. Wieczorem Łukajczuk, tak jak obiecał, przyszedł do mnie.
Wsadził mnie w worek, zarzucił na plecy i zaniósł do swojego domu. W izbie
obejrzał postrzeloną nogę. Była bardzo opuchnięta i cała czerwona. Po namyśle
orzekł, że nie można zwlekać, tylko trzeba jechać do szpitala, do Kowla.
Ukrainiec Łukajczuk obwiązał mi twarz chustką i włożył mnie do tzw.
maniaka, z którego karmi się konie w czasie postoju. Następnie przysypał
mnie obrokiem i położył na wóz. Natomiast mego ukrywanego brata Stanisława,
który był ranny w brodę w czasie ucieczki przed rezunami, posadził obok
siebie i ruszyliśmy w drogę. Gdy dojechaliśmy do Lasu
Świniarzyńskiego, wyskoczyli z zarośli bandyci i zaczęli wypytywać
woźnicę, gdzie i po co jedzie. Nasz wybawca, Harasym Łukajczuk wytłumaczył
im, że wiezie bardzo chorego syna do lekarza i wskazał na mojego brata. Rezuni
dali mu wiarę i pozwolili nam odjechać. Tak
dotarliśmy szczęśliwie do Kowla,
gdzie przyjęto nas do zatłoczonego szpitala, a mnie zrobiono operację. Brat
wyzdrowiał wcześniej i wypisano go z leczenia, ja zostałam dłużej. Po około
20 dniach przyszła do mnie w odwiedziny mama. o której od dawna nic nie
wiedziałam. Niestety, mama nie mogła być przy mnie dłużej, bo zostawiła
ojca i rodzeństwo ukrytych w lesie, w pobliżu naszego domu.
Pewnego dnia lekarz oznajmił, że z nogi nic nie będzie, bo się nie
goi i trzeba będzie ją uciąć. Strasznie się rozpłakałam, ale cóż mogłam
zrobić. Tego samego dnia przyszedł do szpitala mój wybawca – Łukajczuk
- . Wiadomość, którą mi przekazał, całkiem mnie dobiła. Moi rodzice oraz
brat i siostra zostali w sposób bestialski
zamordowani. Rodzice świadomi faktu, że ze wszystkimi Ukraińcami
zawsze żyli w wyjątkowej zgodzie i z nikim nie mieli żadnych zatargów, opuścili
las i wrócili do wioski. Jeszcze tego samego dnia miejscowi rezuni otoczyli
nasz dom, włamali się do środka i najpierw bagnetami zakłuli moją 11-letnią
siostrę Irenę. Później zaczęli znęcać się nad mamą. Ojciec wyrwał się
z łap oprawców i stanął w jej obronie. Wówczas jeden z Ukraińców
zastrzelił go. Następnie długo pastwili się nad 13-letnim bratem Henrykiem,
zanim wyzionął ducha. Wszystkich pochowano na kukurzysku po spalonej stodole.
Lekarz w Kowlu na szczęście zmienił decyzję i zdecydował odwieźć
mnie do szpitala w Łucku. Tu zostałam poddana kolejnej operacji. W łuckim
szpitalu przebywałam od sierpnia do grudnia. Gdy wypisano mnie z leczenia, nie
wiedziałam co mam robić, bo w mieście nikogo nie znałam. Wyruszyłam więc o
lasce do Włodzimierza Wołyńskiego, mając nadzieję, że spotkam tam kogoś
znajomego. Niestety, bardzo się zawiodłam. Domem moim stało się więc na cały
zimowy miesiąc targowisko, a łóżkiem stragan, na którym w dzień
handlowano. Ludzie na rynku karmili mnie z litości. Byłam brudna, zmarznięta
i zawsze głodna. W mroźne noce ukradkiem wślizgiwałam się do przydomowych
komórek i chlewów. Żyłam w ciągłym strachu, bojąc się napotkanych ludzi,
gdyż nie potrafiłam odróżnić, kto jest Polakiem a kto Ukraińcem. Tak też
spędziłam Boże Narodzenie i Nowy 1944
Rok.
Którejś nocy usłyszałam odgłosy jadących wozów konnych i polską
mowę. Podeszłam do krawędzi szosy, aby zobaczyć co się dzieje. Na jednej z
furmanek rozpoznałam swojego brata Władysława. Po krótkiej rozmowie posadził
mnie na wóz i zabrał ze sobą. Okazało się, że brat jest w partyzantce i do
jednego z oddziałów 27 Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej, stacjonującego w
lasach koło Zasmyk, wiezie
prowiant. Jakiś czas byłam z partyzantami, robiąc wszystko co mogłam przy
kuchni polowej. Po pewnym czasie brat stwierdził, że dłużej nie
mogę żyć w tak trudnych warunkach. Poza tym w dalszym ciągu bolała
mnie noga, zaczęła puchnąć i ponownie musiałam chodzić o lasce. Któregoś
dnia brat zabrał mnie z lasu i zawiózł do znajomego we Włodzimierzu. Nie
wiem jak się nazywali moi nowi opiekunowie, gdyż byłam tam krótko, bowiem
rodzina ta postanowiła uciec z miasta pulsującego nienawiścią do Polaków.
Mnie ponownie pozostał rynek i żebranie o kawałek chleba. Ze wstydem wyciągałam
rękę do obcych ludzi. Jedni się litowali, inni wyganiali precz.
Trwało to do chwili ucieczki Niemców i rozpoczęcia masowych wysiedleń
Polaków za linię Bugu. Wysiedleńcy całymi gromadami szli i jechali
furmankami do Polski, a ja wraz z nimi podpierając się laską. Po pewnym
czasie jeden z wozów zatrzymał się i woźnica zapytał mnie, dokąd idę?
Odpowiedziałam, że tam, gdzie wszyscy. Wziął mnie więc na furmankę i zabrał
ze sobą. Po kilku dniach rodzina ta dotarła do Sitańca w Zamojskiem, gdzie
osiedliła się na stałe. Ja z konieczności zostałam u nich na długie cztery
lata jako parobek. Za jedzenie i byle jakie odzienie pracowałam ponad siły.
Nie wysyłano mnie do szkoły. Spałam w kuchni pod stołem na worku wypchanym słomą.
Moi gospodarze, mimo, że byli małżeństwem bezdzietnym, nie potraktowali
mnie, sierotę, jak swoje dziecko. Szczególnie gospodyni była osobą pozbawioną
uczuć macierzyńskich, obojętna na niedolę i łzy dziecka. Czasem myślałam,
że nie jest Polką. Jedynie jej mąż, gdy zaharowana, padająca ze zmęczenia
płakałam, litował się nade mną i starał się ulżyć mi w pracy.
Ludzie na wsi bardzo mnie żałowali i współczuli mojej ciężkiej
doli. Pewnego razu kierownik szkoły, który najbardziej bolał nad moim losem,
przechodząc koło łąki zobaczył, że przy 2-3 stopniowym przymrozku pasę
boso krowy, nie wytrzymał i napisał skargę do jakiejś instytucji. W niedługim
czasie przyjechała kilkuosobowa komisja i zabrała mnie do Domu Dziecka w Puławach.
Niedługo minie 50 lat od chwili, gdy jako 10-letnie dziecko straciłam
rodziców, rodzeństwo i dom rodzinny. Najpiękniejsze
lata zazwyczaj beztroskiego dzieciństwa i młodości przeżyłam w nędzy,
poniewierce, głodzie, chorobie i ciężkiej pracy. Widziałam rzeczy tragiczne
i straszne, wręcz niewyobrażalne. Nieraz byłam bliska śmierci. Prosiłam też
Boga, by zabrał mnie do siebie, gdyż jestem sama, chora, bezbronna i głodna,
pozbawiona miłości rodziców. Niepojęty w swej dobroci Stwórca jednak nie
pozwolił zgasić płomienia mojego życia. To, że przetrwałam grozę tamtych
lat pożogi, krwi i zagłady Polaków, zawdzięczam jedynie Wszechmogącemu
Bogu. W
maju 1991 roku, dzięki staraniom i szczególnej pomocy Pani Teresy
Radziszewskiej, sekretarz Zarządu Głównego
Stowarzyszenia Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu, udało
mi się ekshumować szczątki mojej rodziny z Aleksandrówki i przenieść je na
cmentarz w Hrubieszowie oraz sprawić katolicki pogrzeb. Marzyłam o tym przez
prawie pół wieku i wreszcie spadł mi kamień z serca. Jestem bardzo szczęśliwa,
że doczekałam chwili, gdy mogę uklęknąć przy grobie moich Najbliższych i
modląc się, odbywać z nimi nigdy nie kończącą się rozmowę.
Relacja
Leokadii Skowrońskiej [2]
Najtragiczniejsze
chwile mojego życia.[3]
Był
rok 1943 – czwarty rok czarnej nocy okupacji hitlerowskiej. Być Polakiem
w tym okresie, to żyć w ustawicznym strachu i niepewności; dniem i nocą
czyhała na nas Polaków śmierć. Miałem
wtedy 13 lat, mieszkałem na wołyńskiej wsi Wola Ostrowiecka; wszyscy jej
mieszkańcy byli Polakami. Była to wieś o zabudowie zwartej; Domy i
zabudowania stały jeden obok drugiego, 200 numerów. Większość zabudowań była
kryta słomą. Mieszkańcy
tej wsi żyli zgodnie i przyjaźnie, zarówno między sobą, jak i z mieszkańcami
sąsiednich wsi ukraińskich. Pamiętam, że jako pastuch krów przyjaźniłem
się z chłopcami i dziewczynami – pastuchami Ukraińcami. Nic nie
zapowiadało tragicznych wydarzeń, jakie nastąpiły w pamiętnym sierpniu 1943
roku.
Po wkroczeniu Niemców na polskie Kresy Wschodnie, Ukraińcy podjęli
wielostronną z nimi współpracę; wstępowali
masowo w szeregi policji i żandarmerii. Niemcy wysługiwali się nimi przy
mordowaniu Żydów, jeńców sowieckich, jak tez Polaków. Prowodyrzy i
agitatorzy ukraińskich szowinistycznych organizacji nie próżnowali; szerzyli
zapożyczoną ideologię faszystowską i najgorsze wzorce postępowanie przejęte
od nazistów, wśród prostego chłopstwa ukraińskiego, budząc w najniższe
zwierzęce instynkty. Do
grona tych propagatorów szowinistycznych haseł weszli, hańbiąc swój stan
księża prawosławni i grekokatolicy. Oni to z ambon szerzyli nienawiść do
Polaków, później święcili narzędzia zbrodni i rozgrzeszali zbrodniarzy.
Nastroje ulegały szybko zmianom;
my, dzieci przestaliśmy się bawić razem na pastwiskach; dorośli Ukraińcy
gromadzili broń. Ukraińscy policjanci i żandarmi będący na służbie
okupanta dezerterowali wraz z całym ekwipunkiem, kradziono i rabowano też broń
z magazynów, a było jej sporo porzuconej przez kolejne wycofujące się armie. Żyliśmy
w ciągłym napięciu. W dzień Niemcy rekwirowali żywność i przeprowadzali
„łapanki”; młodzież wywozili do Niemiec na roboty. W nocy Ukraińcy
podobnie jak Niemcy rekwirowali żywność oraz konie z wozami. Przed jednymi i
drugimi kryliśmy się, utworzono też grupę samoobronną, która czuwała i
ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Co noc z dala słychać było strzały, a
grozę potęgowały łuny pożarów. Pojawiły się też, wypisywane na
parkanach groźby i obelgi. Krótkie noce lipcowe i sierpniowe były pełne
grozy i niepewności; spaliśmy w ubraniach, czuwając.
29 sierpnia 1944 r., a była to niedziela, nie pasłem krów, wyręczyła
mnie w tym moja mama. Dzień spędziłem w gronie przyjaciół, a było nas
razem sześciu trzynastolatków. Kto mógł przewidzieć, że tylko ja przeżyję
następny dzień ? Tej nocy 29/30 sierpnia mieszkańcy wioski Wola Ostrowiecka
nie poszli spać.
Doszły nas wieści, że w sąsiadujących z nami wsiach ukraińskich
utworzyło się duże zgrupowanie Ukraińców okazujących wrogą postawę w
stosunku do Polaków. Dzisiaj po latach, wiem, że tłumy Ukraińców przepojone
nienawiścią do Polaków, wznoszące okrzyki w rodzaju:
„Hajże na Lachiw, budem ich rizaty” to ukraińska
tzw. „powstańcza armia”, która uciekając przed Armia Czerwoną
parła na zachód, by zapaść w wertepy Bieszczad, urządzić sobie tam
legowisko i czekać na trzecią wojnę światową.
Wszyscy mieszkańcy wioski trwali całą noc w pogotowiu, by bez zwłoki
opuścić wioskę, jeśli ta ukraińska horda ją zaatakuje. Wystawiono czujki,
które miały uprzedzić nas o ewentualnym zagrożeniu.
Noc miała się ku końcowi – świtało. I wtedy właśnie, na tle
porannej zorzy, wyłonił się zwartym tłum Ukraińców, który zmierzał od
ukraińskiej wsi Sokół, do również ukraińskiej wsi Przekórka. Ten manewr
Ukraińców wprowadził naszą samoobronę w błąd. Odwołano alarm. Tymczasem
Ukraińcy zmienili kierunek i weszli do wsi od strony, z której ich się nie
spodziewano. Były to oddziały zwarte uzbrojone w broń maszynową i karabiny
pochodzenia niemieckiego i radzieckiego.
Zachowanie tych ludzi nie zapowiadało nic złego. Można powiedzieć, że
okazywali mieszkańcom wioski dużą życzliwość, nawet dzieci częstowali
cukierkami. Pamiętam, podszedł do mnie młody Ukrainiec, pogładził po głowie,
zapytał jak się nazywam, ile mam lat, gdzie mieszkam, a wszystko to z życzliwym
uśmiechem Rozpoczął się prawie
normalny dzień życia wsi, tyle, że czuło się jakąś grozę.
Około godz.8-mej wyznaczeni bojówkarze chodzili po wsi i wzywali mężczyzn
od lat osiemnastu do sześćdziesięciu, by udali się na plac przed szkołą;
sprawdzali każdy dom i zabudowania, by nikt się nie ukrył. Kiedy wszyscy mężczyźni
znaleźli się na boisku szkolnym, zostali otoczeni przez uzbrojonych Ukraińców.
Między godziną 10-tą a 11-tą do zebranych przemówił watażka tej
ukraińskiej hordy, czyli, jak to się dzisiaj mówi dowódca oddziału ukraińskiej
„powstańczej armii”. Mówił po ukraińsku. Sen wypowiedzi był
następujący: Ukraińcy pragną razem z Polakami walczyć przeciw Niemcom. Oni
przyszli do naszej wioski, aby dokonać naboru mężczyzn zdolnych do walki.
Tych uzbroją i razem wyruszą przeciw Niemcom. Mówił to tak porywająco i
przekonywująco, jak to czyni politrucy sowici, że niektórzy słuchacze
uwierzyli w ich zapewnienia.
Następnie powiedział, że będą brać po sześciu mężczyzn na badania
lekarskie i sprawnościowe, następnie zdrowych i zdolnych umundurują, uzbroją
i utworzą polski oddział, obok oddziałów ukraińskich, w celu włączenia się
do walki z Niemcami, których koniec jest bliski. Tak
też się stało. Co pewien czas uzbrojeni Ukraińcy odprowadzali grupę sześciu
mężczyzn w nieznane nam miejsce. Teraz już wiemy, że była to dwuklepiskowa
stodoła gospodarza Strażyca; że tam inna grupa Ukraińców
wykopała przy stodole dwa rowy o głębokości 2 m i szerokości 2,5 m i
długości 8 m. Do tej stodoły wprowadzano przyprowadzonych mężczyzn, tam ich
mordowano bez użycia broni palnej, a zwłoki wrzucano do tych rowów.
Kiedy odprowadzano już wszystkich mężczyzn na boisku szkolnym pozostały
kobiety, dzieci i osoby w starszym wieku. Teraz już, bez żadnych skrupułów,
brutalnie wtłoczono nas wszystkich do budynku szkolnego, skąd kilkunastosobowe
grupy pędzono pod eskortą w nieznane nam wówczas miejsce. Mimo, że dochodziły
do nas stamtąd żadne odgłosy mieliśmy już świadomość, że Ukraińcy chcą
nas wszystkich wymordować. Wiedzieliśmy, że zostaniemy zamordowani i że to
za chwilę nastąpi. Przygotowywaliśmy się na śmierć przez modlitwę,
spowiedź składaną na ręce matki, która udzielała nam rozgrzeszenia, przez
zbiorowe odmawianie różańca z prośbą do Najświętszej Marii Panny, by nam
dała lekką śmierć. Było nas w tej gromadzie czworo: mama, siostra Ania
–lat 16, siostra Antosia – lat 20 i ja – lat 13. Kiedy skończyliśmy
odmawiać druga bolesną część świętego różańca, mama pobłogosławiła
nas i dała nam święte obrazki. Ja dostałem obrazek z Aniołem Stróżem,
który przeprowadza przez wąską kładkę położoną nad rwącą rzeką dwoje
małych dzieci. Z nim to przeszedłem przez śmierć do życia, bym , bym mógł
teraz zdać Światu relację z tych zbrodni. Była
chwila ciszy; czekaliśmy na swoją kolej, zostało nas już tylko około 100 osób:
kobiet, dzieci i starców. Do stojących przy drzwiach uzbrojonych morderców
podeszła jedna z kobiet – matka trojga dzieci i zwróciła się do nich z
prośbą: „Patrzcie, została nas mała garstka, pozwólcie nam żyć. Spójrzcie
na te dzieci, one są niewinne, ich oczy błagają o litość, miejcie więc
litość dla nich”. Wtedy
jeden oprawców powiedział –
oczywiście po chachłacku – ( w przybliżeniu):
„Wy Polacy. My was wszystkich wyrżniemy, a
wasze domy spalimy. Nic po was nie zostanie”. W odpowiedzi na
te okrutne słowa ta kobieta rzuciła w twarz oprawcom przekleństwo: „ Bądźcie
przeklęci po wszystkie czasy. Niechaj krew naszych niewinnych dzieci spadnie na
was, na wasze dzieci, wnuki i prawnuki”.
W pewnej chwili dały się słyszeć od strony południowej wsi strzały
z broni maszynowej. Pilnujący nas Ukraińcy wpadli w popłoch, wybiegli na zewnątrz,
drzwi szkoły zamknęli. Zaświtała nam nadzieja, że mordercy w popłochu
uciekną. Niestety przyspieszyło to tylko decyzję dokończenia zbrodniczego
dzieła. Mordercy zrezygnowali z mordowania pojedynczo każdej osoby z osobna i
postanowili załatwić to zbiorowo. Do izb lekcyjnych, w których byliśmy
zgromadzeni, zaczęto wrzucać granaty i strzelać z pistoletów
maszynowych. Już pierwsze strzały i wybuchy granatów zabiły część
osób- innych poraniły. Znaleźliśmy się jak gdyby w kręgu piekielnych czeluści:
jęk rannych, płacz dzieci, rozdzierający krzyk matek, huk strzałów,
wreszcie dym. Zbrodniarze spod znaku tryzuba podpalili budynek szkolny. W upalny
sierpniowy dzień płonął jak pochodnia; ci jeszcze żywi znaleźli się w pułapce
bez wyjścia skazani na śmierć w płomieniach. Nie sposób wyrazić słowami
grozy tej sytuacji, język jest tu zbyt ubogi.
Mnie śmierć jakoś omijała. Leżałem na podłodze rozpłaszczony do
granic możliwości. Obok leżała sąsiadka Bohniaczka. Rozległ się kolejny
huk. Granat ja rozszarpał. Jej krew i poszarpane ciało chlusnęło na mnie. Byłem
w szoku, podczołgałem się do mojej siostry Ani. Potrąciłem ją. Już nie żyła.
Kula u wylotu z czaszki wyrwała duży otwór. Otępiałem, straciłem poczucie
rzeczywistości. Podniosłem głowę i ujrzałem leżącą i krwawiąca matkę.
Jeszcze żyła. Jeszcze raz przytuliłem się do matki. Była przytomna,
ofiarowała mnie Bogu i Najświętszej Marii Pannie, bo tylko cud Boski mógł
mnie wyprowadzić z tych piekielnych czeluści. Mama nie mogła się poruszać,
granat rozszarpał jej stopy, krwawiła, spłonęła żywcem. Nie pamiętam, jak
znalazłem się w drugiej izbie lekcyjnej. Na podłodze strzępy ludzkich ciał
i dużo, bardzo dużo krwi. Nie
miałem już nikogo z najbliższych, zapragnąłem też umrzeć, zacząłem
krztusić się dymem, pomyślałem: nałykam się dymu, uduszę i będzie
koniec. Ale, gdzie tam, zakrztusiłem się raz i drugi i nic. A tymczasem zaczął
płonąć strop budynku, zrobiło się ogromnie gorąco. Przeraziłem się tego
ognia, lada chwila ten płonący strop mógł runąć na mnie. W ostatniej
chwili wyskoczyłem przez okno. Rozległ się strzał, upadłem, poczułem silny
ból, czoło zaczęło krwawić. Żar bijący od płonącego budynku zmuszał
mnie do odczołgiwania się od niego. Leżałem w ogrodzie szkolnym pełnym trupów
i rannych. Ciężko ranni błagali oprawców, by ich dobili. Ukraińcy z ogromną
pasja pastwili się nad rannymi, kiedy na to patrzyłem chciałem wstać i
krzyczeć. Strach przykuł mnie do ziemi, bałem się już nie śmierci lecz
tych męczarni, jakie oni rannym zadawali. Byłem cały umazany krwią cudzą i
własną. Trzykrotnie przewracali mnie i kopali, ale nie zorientowali się, że
jeszcze żyję.
Obok mnie leżała kobieta – Maria Jesionek, matka trojga dzieci,
dwóch synów, jeden ośmio, drugi pięcioletni i niemowlę ośmiomiesięczne.
Ona też wyskoczyła z płonącego budynku wraz z dziećmi tuż przede mną.
Morderca ugodził ją kulą, leżała martwa na swym uduszonym niemowlęciu. Jej
ośmioletni syn został też
zastrzelony, ten zaś pięcioletni siedział tuż martwej matce, szarpał ją i
wołał „ Mamo wstawaj, chodźmy do domu – płakał”.
Podbiegł do niego Ukrainiec, przyłożył lufę karabinu do głowy i strzelił.
Dzieciak przewrócił się na plecy matki, a przywarwszy do jej pleców swoje
plecy, wyciągnął ręce do góry jak w modlitwie. Był
to dla mnie koszmar, który tkwi we mnie po dzień dzisiejszy. Dochodziły mnie
też inne głosy z różnych stron wioski. To towarzysząca ukraińskiej
„powstańczej armii” tłuszcza wdarła się do opustoszałych domów
i zabudowań i rabowała wszystko, co tylko było w obejściu, a kiedy już
wszystko zagrabili podpalili domy i zabudowania.
Leżałem nieruchomo we krwi. Z płonącego budynku buchał okropny żar,
czułem, że moje nogi są płonącymi głowniami. Czułem, że muszę odczołgać
się dalej od buchającego żaru. Poruszyłem się. Padł strzał i poczułem
dotkliwy ból w okolicach kręgów lędźwiowych. Pomyślałem, że to już
koniec. Dla zlokalizowania źródła bólu lekko się poruszyłem, okazało się
ani krzyż, ani brzuch nie były uszkodzone. A więc żyję! Mój Boże!
Leżałem, nadal udawałem martwego, czekałem. Zwolna cichły głosy
zwycięskich „żołnierzy” UPA. Słońce chyliło się ku zachodowi.
Podniosłem głowę. Nikogo nie było w pobliżu. Tylko ja – żywy pośród
zmarłych. Dźwignąłem się z trudem stanąłem na oparzonych stopach. Zdjąłem
przesiąkniętą krwią koszulę, podarłem ją na onuce i zawinąłem nimi
obolałe stopy. Ze zgrozą obejrzałem leżące tam zmasakrowane trupy. Tuż na
styku palącego się budynku a ogródka rozpoznałem głowę moje starszej
siostry Antoniny, tułów został spalony na węgiel. Niczego już nie czułem,
prócz bólu stóp i ogromnego pragnienia. Powlokłem się do pobliskiej studni
z żurawiem, chciałem zaczerpnąć
wody. O zgrozo. Studnia była pełna trupów.
Coś mnie przykuwało do tego miejsca zbrodni. Nie mogłem się ruszyć.
Stałem tak ogarnięty zgrozą i rozpaczą, nie mogłem tego pojąć i do dziś
pojąć nie mogę, jak ci ludzie mogli dokonać tak okrutnej zbrodni ?
Relacja
Henryka Kloca
RELACJA ŚWIADKA ALEKSANDRA PRADUNA[4]
Wieś Ostrówka położona była wzdłuż drogi od wschodu. Od strony
Lubomia ku Głuszczy na zachodnie. Od strony wschodniej był dwór i las pański
oraz państwowe byrki. Od południowo-wschodniej był też las pański
i część zwana Kaznopołem. Od południa w odległości około trzech
kilometrów znajdowała się wieś Nowy Jagodzin i Jankowce. Od strony północnej
była wieś Wola Ostrowiecka. Między dwoma lasami w stronę Jagodzina była
równinna ziemia orna.
W niedziele 29 sierpnia 1943 r. na mszy ksiądz Dobrzański przypomniał,
że ktoś go poinformował, ze nasze polskie wioski mają być napadnięte przez
„bulbowców”. Niektórzy z Woli Ostrowieckiej przyszli na noc do
swych krewnych czy znajomych do Ostrówek. Była tam także z dziećmi moja
ciotka z Jesiończaków, zwanych krukami, która zatrzymała się
w drodze do Jagodzina. W poniedziałek 30 sierpnia 1943 r. o świcie zaczęła
się strzelanina od strony leśnych ostępów. Ludzie w panice biegli w stronę
Jagodzina, bliżej ku stacji kolejowej.
Strzelający długimi seriami z broni maszynowej wzięli w krzyżowy ogień
uciekających równina ludzi. Chciano ich zatrzymać. O ucieczce nie było mowy.
W tym samym czasie za wsią ukazali się na koniach jeźdźcy, którzy grzecznie
zawracali uciekających.
Uciekałem razem z mamą. Znaleźliśmy się w bruzdach ziemniaczanych
około 400 metrów od budynków. Leżąc mówiliśmy, że gdy przestaną strzelać,
to będziemy uciekać do Jagodzina. O tej porze żadnych zbóż nie było. Leżąc
w tych bruzdach byliśmy widoczni dla bulbowców na koniach. Podjeżdżali i spędzali
ludzi na zebranie do wsi. I oto jeden z nich podjeżdża do nas na białym koniu
z karabinkiem w ręku i zawieszonymi na piersiach taśmami amunicji. Mówi do
nas „ wstawajte i ne ucekajte. Idyte do sela.Tam bude sobranie”. Wstaliśmy
z mamą a on czekał, aż my pójdziemy do wsi.
Konni, jeżdżąc poza wsią, nie pozwalali uciekać ludziom w stronę
Jagodzina. Zawracali na owe zebranie. Wracając z mamą do wsi, do domu, wyszliśmy
na szosę, patrzymy, stoją grupki ludzi i radzą, co robić dalej. Nie wiedzą,
co począć. Jedni mówili, że oni spędzą nas i wymordują, inni, że to
niemożliwe, bo „bulbowcy” podchodzili i grzecznie zapraszali na
zebranie do szkoły. Potem odchodzili, jakby nic nie miało się stać. Wróciliśmy
z mamą na nasze podwórko. Tam stali Stach Kruków, mój wujek, ojciec i Józef
Muzyka. Zaczęli się naradzać, co począć dalej. Za stodołą 200 metrów od
budynków, na drodze, która prowadziła do Jagodzina, stała furmanka zaprzęgnięta
w dwójkę koni. Na niej siedział furman, a obok przy karabinie maszynowym,
zwanym po rosyjsku „maksim” siedziało dwóch „bulbowców”.
Gdy usłyszałem rozmowę wujka i Muzyki z ojcem, zrozumiałem, że wujek ma
karabin. Józef Muzyka namawiał wujka, żeby przyniósł karabin i jeśli się
boi, to on weźmie karabin i podczołga się bruzdami kartofli ku bulbowcom i
szybkim strzałem zlikwiduje trzech. Oni byli tak pewni siebie, że byłoby to
dla nich pełnym zaskoczeniem. Muzyka mówił, że jak dobrze pójdzie, to
pobiegniemy do cekaemu, furmanka stoi na miejscu, więc moglibyśmy uciec tą
furmanką.
Gdy tak się naradzali, z szosy wiejskiej skręciło do nas dwóch
„bulbowców”. Przyszli do nas na podwórko. Jeden zapytał mamę,
czy może sobie wziąć makówek, które leżały na daszku szopy. Mama pozwoliła,
więc on wziął parę makówek, podał drugiemu, podeszli do nas całkiem
swobodnie, a broń wisiała na ramionach. /zapytali czego się boimy. Mówili,
żeby się nie bać i iśc do szkoły na zebranie. Maja ważne sprawy do
powiedzenia; „pisla my pidemo rwaty na żelaznoj puti,” czyli
zrywać tory kolejowe. Pogadali chwile i odeszli. Po odejściu bulbowców znów
zaczęły się dyskusje, że można było tych trzech sprzątnąć, bo w pobliżu
nie było nikogo z tej zgrai, a pod ręką były widły i siekiera. Trzeba było
zabrać im broń, gdyż jeden z nich miał pistolet maszynowy, drugi karabin i
byli pewni siebie, na pewno nie spodziewali się napaści. Jeśli tego nasi
dokonali, poczuliby się pewniej. mając broń w ręku. Nie
było jednak jedności i zgrania. Niektórzy mówili, że może to naprawdę nic
nie będzie złego. Nie słychać przecież, żeby kogoś zabili. Oni grzecznie
obchodzą się ze wszystkimi – mówiono. Po tych rozmowach wszyscy
przeszli się na swoje podwórka. Muzyka poszedł na swoje podwórze, wujek do
swojego domu, ojciec poszedł do brata stryjecznego Łukasza Praduna. Ja z mamą
zostaliśmy na podwórzu, potem poszliśmy do głównej drogi i zobaczyliśmy,
że niektórzy ludzie idą do szkoły na zebranie. Inni zaczęli wchodzić do
budynków i znikali. Zaczęli się chować, a bulbowcy wciąż chodzili po wsi i
zapraszali na zebranie. Było to około godziny 9 i teraz już bardziej wyraźnie
widać było, że stawali się natrętni. Jeśli dopadli kilkoro ludzi, to już
nie pozostawiali, a zaczęli odprowadzać do szkoły, co zwróciło uwagę
pozostałych, którzy zza opłotków patrzyli gdzieś z ukrycia. Wówczas zaczęli
się chować, gdzie kto mógł. Ja prosiłem mamę, żeby wejść w mieszkaniu
pod podłogę. Podłoga była tylko w komorze. W izbach mieszkalnych było
klepisko. W komorach trzymano zboże i produkty żywnościowe, to musiał być
przewiew i pod taka podłogą można było się zamaskować. Mama powiedziała,
że jak się schowamy, to ojciec po przyjściu nie będzie wiedział, gdzie my
się podzieliśmy i będzie nas szukał.
Ojciec nie wracał i pomyśleliśmy, że może zabrali go na zebranie,
gdyż trudno było już chodzić po wsi. Bulbowcy zabierali ludzi siłą.
Ojciec, Łukasz Pradun z żoną i dziećmi Antkiem, Felkiem i Jankiem ukryli się
pod słomą. Bulbowcy potem szukali po budynkach i kłuli bagnetem w te słomę,
tuż koło Janka. On chciał krzyczeć, ale zatkano mu usta i tak ocaleli.
Bulbowcy po chwili odeszli. Stałem z mamą jeszcze chwilę i namawiałem, żeby
się ukryć, ale mama powiedziała, że pójdziemy bliżej szkoły do ciotki
Tresiukowej. No i co będzie ludziom, to i nam będzie. Miałem wówczas 13 lat,
myślałem dobrze, ale musiałem słuchać mamy. I poszliśmy do ciotki.
Muszę trochę cofnąć się wstecz. W ten sierpniowy poniedziałkowy świt
gdy usłyszano strzały, powstał popłoch. Ludzie
zaczęli uciekać i kryć się. Pobiegł i mój brat mający wtedy 17
lat. Babcia i dziadek poszli do swojej córki a mojej cioci. Było do niej tylko
przez miedzę. Ciotka Wikcia miała małe dziecko i nie chcieli, żeby była
sama. Wujek Stasiek, mąż ciotki Wikci, został na drodze na wsi zatrzymany i
zabrany do szkoły, bo bulbowców bardziej interesowali mężczyźni i dorosła
młodzież.
Ja i mama poszliśmy do ciotki Trusiukowej. Nie było jej w domu, bo poszła
do szkoły na zebranie, a do ich zabudowań nie wpuszczali. Były to zabudowania
ściśle do siebie przylegające, zwarte w czworobok. Dwie stodoły, obora,
szopa i duża brama kryta z desek. Był to tzw. okólnik. Wewnątrz był duży
plac, można było zawracać furmanką. Jak się później okazało, bulbowcy to
miejsce wybrali na miejsce kaźni.
Nie zastawszy ciotki, poszliśmy z mamą do szkoły. Na placu szkolnym było
dużo spędzonych ludzi. Byli to przeważnie kobiety z dziećmi i staruszkowie.
Mężczyźni i młodzież byli w szkole. Tych, których przyprowadzono,
wpuszczano do środka, że środka zaś nie wypuszczano nikogo. Od szkoły też
trudno było odejść, gdyż bubowcy pilnowali z każdej strony. Ludzie byli
zdenerwowani i przestraszeni . Niektórzy próbowali ucieczki, niektórym się
udało. Widziałem, jak ktoś przebiegał przez łąkę Klocową do zabudowań Dąbrowy,
ale zaraz nastąpił strzał. Przerażeni ludzie zaczęli mówić, że został
zabity jakiś mężczyzna i wówczas zrozumieli wszyscy, po co tu zostali zwołani.
Był to pierwszy mord, dokonany na oczach ludzkich. Na
placu szkolnym zobaczyłem brata Staśka. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać podeszła
do nas mama i zapytała, czy nie widział ojca. On powiedział, że przy szkole
go nie widział. Mam powiedziała bratu, że ojciec poszedł do stryja i nie wie
czy uciekł, czy go złapali. Zaczęliśmy z mamą namawiać brata do ucieczki,
żeby uciekał i gdzieś się ukrył. W tym momencie zobaczyliśmy jak przez owa
łączkę Kloca przechodził Czesiek Kuwałek, kolega brata. Szedł do zabudowań.
I znowu ja i mama zaczęliśmy go namawiać, żeby się gdzieś skrył. Mama
mówiła: patrz, Czesiek poszedł i nie było strzału, widocznie nie zauważyli.
Idź wolno, jeśli zobaczą, to zawrócą. Brat nie wysłuchał naszych porad i
próśb i poszedł do szkoły. Już go nie zobaczyliśmy.
Wokół szkoły zaczął się zaciskać pierścień z banderowców. Zaczęli
siłą zapędzać mężczyzn i młodzieńców do szkoły, a kobiety, dzieci,
staruszkowie pozostali na placu szkolnym. W tym momencie wyszła ze szkoły Pani
Bladowa, mieszkająca w szkole, ze swym synkiem Czarkiem. Stanęła przed ludźmi i
powiedziała te słowa: „ Ludzie, już wiemy, po co nas zwołali, więc klękajmy
i módlmy się. Wszyscy poklękali i ona zaczęła pierwsza pieśń „ Pod
twoją obronę.... Zaczęli wszyscy głośno śpiewać . Po krótkich modłach
padł rozkaz przejścia z placu szkolnego w pobliże kościoła.
Niektóre kobiety i dzieci zaczęły płakać. Droga z placu szkolnego do kościoła
( 150-200 metrów) wiodła ulicą poza szkołą koło organistówki, na cmentarz
kościelny i do bramy kościoła. Była ona obstawiona z jednej i z drugiej
strony przez bulbowców. Niektórzy z nich byli z psami. Trzymali wilczury na
postrach i szczuli nimi ludzi trzymając je na smyczach. Psy rwały się, mocno
szczekając. Ludzie zaczęli krzyczeć, bulbowcy się śmiali i wrzeszczeli
„ beri lachiw”. Po drugiej stronie ulicy, za szkołą stała
grupa chłopów, też bulbowców. Byli uzbrojeni w siekiery, pijani, śmiali się
głośno. Musieli to być główni oprawcy. Starsi mówili, że to oni będą
nas bić.
Kościół nasz był nieduży, drewniany, szalowany, kryty blachą. Kiedy
zapędzono nas do kościoła, zamknięto za nami drzwi i nagle rozległy się
wokół kościoła wybuchy jakby z granatu. To tez musiało być na postrach, bo
do wnętrza kościoła nic się nie dostało. Ludzie zaczęli się modlić i śpiewać.
Niektórzy włazili na chór i widziałem jak ktoś wszedł na strych poza
sklepienie w kościele. Nie znam go, ale prawdopodobnie przeżył.
Ja też dobrze znałem obejścia w kościele, bo służyłem do mszy.
Powiedziałem mamie, by odstawić płótno przy wielkim ołtarzu i tam się
schować. Tam był grób z podobizną Pana Jezusa, dość obszerny, zmieściłby
ze cztery osoby. Mówiłem, że odstawię płótno, pomału wejdziemy z kimś
jeszcze i ktoś za nami zastawi to płótno; może w ten sposób ocalejemy. Mama
powiedziała, że nie ma się gdzie w kościele ukryć, bo bulbowcy wszędzie
znajdą. Nie posłuchała mojej propozycji. Powiedziała po raz drugi, że co będzie
ludziom, to i nam. Ludzie modlili się i śpiewali. Zaczęli głośno mówić,
co nas czeka. Tak przetrwali w kościele ponad godzinę do dwóch.
Naraz otworzyły się frontowe drzwi, ukazało się w nich paru
bulbowców z wymierzoną w nas bronią i zapowiedzieli, że mamy wychodzić z kościoła
i „ ne próbujte wtykaty”, bo jesteście obstawieni. Każdy
kto zechce uciekać, zostanie rozstrzelany. Zaczęliśmy wychodzić i zobaczyliśmy,
że ulica z kościoła do szkoły jest obstawiona jak poprzednio. Bulbowcy stali
jeden przy drugim z bronią w ręku do strzału. Byli bardzo podenerwowani.
Niektórzy pytali między sobą, gdzie oni nas
popędzą i dlaczego tak pospiesznie. Nie było czasu na rozmyślania, bo
popędzili nas. Doszliśmy do szkoły. W kilku miejscach zaczęła się palić
wieś. Płonął okólnik, czyli ciotki zabudowania. Był on niedaleko szkoły.
Ciotka była z nami, bo gdy ludzie zrozumieli co ich czeka, zaczęli się
grupować rodzinnie. Chcieli być blisko siebie, razem. Wówczas ciotka
powiedziała głośno do mamy, bo nie było już co ukrywać, że widziała, jak
w ich zabudowaniach cos kopano. Powiedziała, że na pewno to dół dla chłopów,
bo szkoła była pusta, drzwi pootwierane. Teraz podpalili, żeby śladu nie było
i zaczęła mocno płakać. Mówiła
do nas w głos, że jej syn, Janek Trusiak, zakopał się w słomie w
stodole, a teraz żywcem się spali. Mama na to, żeby nie płakała, bo Janek
już nie mały i może ucieknie. Ciotka zaś, że jeśli wyskoczy, to i tak go
zabiją.
Na tym skończyły rozmawiać, bo zaczęli nas popędzać groblą,
wysypaną drogą, która prowadziła koło cmentarza ku Woli Ostrowieckiej.
Droga była obstawiona bulbowcami. Stali co kilkanaście metrów, jeden obok
drugiego. Krzykiem i biciem popędzali nas do szybszego marszu. Gdy byliśmy na
grobli, usłyszeliśmy strzelaninę od strony Borowy. Strzelano z broni
maszynowej. Kule świszczały, jak rój pszczół ponad naszymi głowami. Słyszeliśmy
wybuchy i wnet za nami około 200 metrów w Borku koło cmentarza, zaczęły się
rwać pociski. Ludzie zaczęli mówić, że to chyba Niemcy. Ludzie się nie
kryli, natomiast bulbowcy szli chyłkiem, niektórzy przypadli do ziemi i groźnie
nawoływali do szybkiego marszu. Ludzie zobaczyli, że oni się boją tych strzałów
więc mówią między sobą, żeby uciekać w stronę wsi. Mówili, że
wszystkich nie wybiją, a gnać za nami nie będą, bo się boją. Kilkoro
zawróciło. Byli to w większości starsi mężczyźni. Nie uszli daleko, bo
zaraz padły strzały, a oni usunęli się na ziemię. Może ta ucieczka udałaby
się ( ze znaczna stratą ludzi), gdyby wszyscy naraz zawrócili i rozbiegli się
po krzakach. Jednak było to niemożliwe, bo były prawie same kobiety po większej
części z małymi dziećmi na rękach oraz staruszki. Cóż więc biedni mieliśmy
począć. Zdaliśmy się na Łaskę Bożą. Wtenczas powiedziała ciotka i mama,
że wymordowali Żydów, a teraz przyszła pora na nas. Mówiły „ my
już my, ale te dzieciątka, tylko żyć. Jakich czasów
my doczekaliśmy, cóż my komu winni jesteśmy”. Ale na nic te
wszystkie rozpacze były. Bulbowcy miotali się, wściekali, krzyczeli,
popychali, bili, zmuszając do szybkiego marszu, ludzie znacznie zmniejszyli
kroku, oglądając się na jakieś wybawienie ze strony tej strzelaniny.
Tuż przed cmentarzem droga wychodziła na wąwóz. Po obu jego stronach
było wysokie piaszczyste wniesienie, które zasłaniało cały widok od strony
zachodniej, skąd padały strzały. Gdy zrównaliśmy się z cmentarzem,
niektórzy starsi nie chcieli iść dalej. Mówili” : Wiemy, gdzie nas pędzą
i co nas czeka. Lepiej tu zostać na cmentarzu, niż gdzieś w krzakach, żeby
ptactwo roznosiło, cmentarz to zawsze miejsce poświęcone”. Po tych
rozmowach kilkoro starszych wyszło z kolumny kierując się w stronę
cmentarza. Starali się szybko przekroczyć bramę cmentarza. Padły strzały i
padły trupy. Nie znam ich nazwisk i nie można się było dowiedzieć, gdyż
bulbowcy zaczęli szaleć. Bijąc i
wrzeszcząc zmuszali do szybkiego kroku.
Byłe naocznym świadkiem takiej strasznej sceny. Stary organista z mojej
wsi szedł o krok od nas, trzymając pod rękę swoją żonę. Wystąpili z
kolumnyi powiedzieli, że dalej nie pójdą i tak nas wybiją, więc wolą tutaj
na cmentarzu umrzeć. Byli o dwa kroki od bramy cmentarnej. Zdążyli tylko za
bramę, padły strzały i oni oboje upadli. Widziałem jak
konwulsyjnie wzdrygały się ich ciała. Widząc to wszystko kobiety i
dzieci zaczęły płakać i krzyczeć z przerażenia. Na ten widok ścisnęło
mnie w piersiach, zaschło w gardle. Nie mogłem słowa wykrztusić z siebie,
ale nie płakałem.
Za cmentarzem skręciliśmy w krzaki w kierunku lasu Kukorawiec położonego
na północny wschód od naszej wsi. Ludzie
poruszali się leniwie, ciągle popędzani do szybszego marszu. Mieli niektórzy
nadzieję na wybawienie przez tych
nieznanych Niemców. Im się jednak nie spieszyło. Jak się później okazało
byli to Niemcy. Jechali niby na odsiecz zagrożonym przez bulbowców mieszkańcom
wsi: Ostrówki, Wola Ostrowiecka i Jankowce, bo Kąty były już wymordowane.
Zamiast jechać z Lubomia do Ostrówek (12 km), pojechali okrężną drogą, na
Jagodzin, Wilczy Przewóz. Równo, Borowę, Ostrówki. Była to musztarda po
obiedzie. Zobaczyli, że jeszcze są bulbowcy i nas pędzą, więc zaczęli
strzelać. Strzelali na postrach, na ludziach im nie zależało. Zdążali do
tego, aby ludzkie nacje skłócić, nabrać krów, świń, kur i gęsi.
Obejrzałem się za siebie parę razy. Bulbowcy z obstawy, leżący z
bronią maszynową, zaczęli się wycofywać. Był to ostatni dzień sierpnia,
piękny, ciepły i słoneczny, a jednocześnie dzień tragedii i rozpaczy. Popędzani
szliśmy leniwie do przodu, bo już każdy wiedział, co z nami zrobią. Starsze
kobiety, a nawet dzieci zrzucały z siebie cieplejsza odzież bo się męczyły.
Wiedziały, że ona już nie będzie im potrzebna.
Za idącą kolumną ludzi, okrążoną gęsto przez bulbowców, pozostawała
dość szeroka droga zmiętego łubinu, ziemniaków, traw, które były jeszcze
o tej porze roku na polach, a na niej leżała rozrzucona odzież. Szliśmy na
przełaj, z krzaków wychodziliśmy na pólka i odwrotnie. Bezustannie popędzani
szliśmy do przodu.
Kiedy znaleźliśmy się w połowie drogi między cmentarzem a miejscem
kaźni, zarządzono postój. Spędzano nas w jedna grupę. Starsi matki z dziećmi
na ręku zaraz posiadali na ziemi, aby trochę odpocząć. Bulbowcy stali wkoło
nas. Było ich gęsto i patrzyli na nas jak sępy na swą zdobycz. Broń
trzymali gotowa do strzału. Niektórzy bulbowcy byli znajomi dla starszych.
Pochodzili z Huszczy i Przykórki. Niektórzy pędzeni starsi ludzie znali ich,
ich rodziców, więc zaczęli pytać, co z nami zrobią, dokąd nas pędzą i za
chcą nas mordować. Patrzyli na nas jak wilki i odchodzili na bok. Jeden z
bulbowców stał naprzeciw nas. Poznała go
matka mego stryja, Łukasza Praduna. Według niej, był on z Przekórki.
Zapytałą go po imieniu i nazwisku. ( ale ja już nie pamiętam imienia i
nazwiska) za co nas będziesz zabijać. Twoich rodziców dobrze znam, żyliśmy
w zgodzie. Popatrzył na staruszkę chwilę, rozejrzał się nieznacznie i
odpowiedział w te słowa: „ Ja was byty ne budu”. Staruszka
rzekła „ale drudzy wybiją”,
a on na to „ ta ja was nie znaju, ja toże muszu buty z nymi, takij
rozkaz” i odszedł.
Postój był krótki, może 5 minut. Co zamierzali z nami zrobić:
Prawdopodobnie wymordować nas na tym postoju, ale widocznie było im za blisko
ode wsi ( około 2 km ), a wciąż było słychać strzały pojedyncze i
seryjne. Krzykiem kazano nam wstawać, zaczęli nas pędzić dalej, w stronę
Sokoła, bliżej lasu Kukorawiec. Niewiele teraz znajdowało się pól ornych, a
więcej krzaków i zarośli. Popędzani do szybkiego marszu szliśmy polem
obsianym łubinem. Był on dość wysoki. Szliśmy razem: ja, matka, ciotka i parę innych osób. Nagle zauważyliśmy,
że obok nas 1,5 m od nas leżał w łubinie młody chłopiec, o nazwisku
Soroka ( imienia nie pamiętam ). Starsi go znali, ja też z widzenia. Był
on z Woli Ostrowieckiej. Uciekł ze wsi i uznał, że się dobrze ukrył.
Kryjówka była dobra ale nasz przypadkowy kierunek nie ominął go. Leżąc na
wznak w tym Łubinie położył palec na ustach i patrząc na nas przykazał aby
się nie oglądać i nie patrzeć na niego. Obok gęsiego szli bulbowcy z
obstawy. Ludzie, którzy go widzieli mówili po cichu innym, żeby się nie oglądali,
że może Bóg da, chłopaka nie zauważą i przeżyje. My poszliśmy, a on
pozostał.
Na nas pilnie patrzono, czy ktoś nie pozostaje lub nie przysiada, to
natychmiast strzelali. Okazało się później, że nie zauważony siadał.
Widziałem go jeden raz w Świerzach, zaraz po wyzwoleniu. Byłem u ojca i on
mówił, że to n leżał, jak szliśmy przez Sokół.
Odeszliśmy od tego miejsca może kilometr, weszliśmy na niedużą
polankę koło lasu, otoczoną z trzech stron olszyną. Tylko od wschodu było
nieduże pole, na którym rósł łubin. Na tej polance znów nas zatrzymali, wśród
bulbowców powstało ożywienie. Na zboczu stało kilku bulbowców lepiej
ubranych. Mieli przy sobie krótką broń. Musiała to być starszyzna. Przez
krótką chwilę radzili. Po tej naradzie postanowili dalej nas nie pędzić, a
na tej polance nas wymordować. Tak też się stało.
Było nas tam dużo, bo to wszystkie kobiety z Ostrówek z dziećmi
prawie do lat 15, kilku dziadków, a i z Woli Ostrowieckiej była znaczna część
kobiet. Obstawieni byliśmy dość gęsto przez bulbowców. O ucieczce nie było
mowy. Ludzie stali, niektórzy z dziećmi na ręku siedzieli bo było im ciężko
je trzymać. Modlili się, bo było już wiadomo, że na tej polance nastąpi
tragedia. Po krótkiej chwili padła komenda, żeby ludzie zrzucili z siebie
grubsza odzież. Krzyczeli, by wychodzić z gromady po dziesięć osób na środek
polany. Początkowo nikt nie chciał dobrowolnie iść na śmierć, bo każdemu
życie miłe. Powstał płacz, lamenty, prośby, błagania, aby nas puścili, bo
my nic nikomu złego nie zrobiliśmy. Oni nawet nie słuchali, robili się coraz
wściekli. Rzucili się jak dzikie
bestie, jak mocno wygłodzone zwierzęta i zaczęli wyciągać z tłumu, kto się
pod rękę nawinął. Odprowadzali na środek polany, kazali
kłaść się w koło, twarzami do ziemi. Zaczęli strzelać ofiarom w ty
l głowy, a my żywi musieliśmy na te tragedię patrzeć. Patrzeć jak giną
niewinni ludzie i ich najbliżsi: babcie, matki, siostry, bracia, córki,
synowie, bo byli wszyscy ze soba spokrewnieni.
Trzeba nadmienić, że wieś Ostrówki i Wola Ostrowiecka były to wsie,
gdzie mieszkali sami Polacy. Było parę rodzin żydowskich. W Ostrówkach byli
to Berko, Moszko, Szajwoł. Niemcy ich wcześniej wymordowali, tylko
Rubin, syn Berka, ukrywał się dłuższy czas, ale i on został złapany
i rozstrzelał go Ukrainiec
z Przykórki. Był on w policji i on też u nas w Borku rozstrzelał dwie Żydóweczki
z Woli. Nazywaliśmy go Michałkiem, ale on nazywał się inaczej. Starsi
wiedzieli.
Teraz bulbowcy rzucili się wszyscy. Było im widocznie pilno, bo każdy
odrywał z grupy parę osób o
rozstrzeliwał. Na środku polany. Ludzie lamentując żegnali się ze sobą na
wieczność. Matki brały swe dzieci i kładły obok siebie, obejmując je rękami.
Tak odchodzili z tego świata na wieczność. Ja, mama, ciotka i bliżsi znajomi
byliśmy razem w grupie, wciąż odciągając moment rozstania się z tym światem.
Chcieliśmy jeszcze pożyć choć chwilę dłużej. Widziałem okropne sceny.
Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie nieraz byli trafiani niecelnie. Zranieni śmiertelnie
podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię. Dobijano ich, ale najczęściej
w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy, popędzonej na miejsce kaźni
po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka, może sześcioletnia i
zaczęła mocno krzyczeć: mamo, ale matka już nie żyła. Widząc to bulbacha
podniósł karabin i strzelił w nią. Trafił ale nieśmiertelnie. Dziewczynka
upadła, ale natychmiast się poderwała i krzycząc zaczęła iść po trupach,
padając i wstając. Bulbowiec znowu w nią strzelił. Tym razem aż
trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany
bulbowiec podbiegł do niej i dobił ja kolbą karabinu. Ludzie na ten widok
odwracali się z płaczem.
I tak grupę po grupie wyciągano i zabijano. Tworzył się duży krąg,
gdyż kazano kłaść jeden obok drugiego w nogach pomordowanych. Widać było
pośpiech, bo głośniej krzycząc szybko wyciągali ludzi na pobojowisko, nie
żałując przy tym razów.
Matka, ja, ciotka Trusiak byliśmy razem, moja babcia i ciotka Wikta z małym
dzieckiem. Mama powiedziała, żebyśmy poszli sami, po co mają nas szarpać i
tak nas śmierć nie ominie. Przyglądać się tej zbrodni już dłużej nie było
można. Wstaliśmy, pożegnaliśmy się ze sobą i najbliższymi. Z płaczem i
okropnym żalem, że trzeba pożegnać się z tym światem, oddaliśmy się w ręce
oprawców. Popędzono nas na
miejsce kaźni. Poszło nas dziesięcioro na pobojowisko. Bulbowcy, jak dzikie
bestie, krzyczeli „lachajte lachy chutko” (
szybko kładźcie się Polacy). Mama jeszcze raz przycisnęła mnie do siebie, płakała
i mówiła jakby do siebie: tyle dzieci wybijają, cóż one
są winne. Nie mogłem płakać, zacisnęła mi się krtań i zrobiłem
się zupełnie nieswój, obojętny z tego przestrachu. Kładąc się obok
siebie, półgłosem odmawialiśmy pacierz. Mama objęła mnie mocno za szyję,
ja zakryłem twarz dłońmi i z okropnym strachem wypowiedziałem na koniec
„ niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Padły strzały z lewej
i z prawej strony. Ja z tej grupy leżałem prawie w samy środku. Strzały zaczęły
zbliżać się do mnie. Żal mi się mocno zrobiło, pomyślałem, że mam
dopiero 13 lat, sama radość życia, taki piękny świat, a tu za chwilę czeka
śmierć i już nigdy nie ujrzysz jasności: czy poczuję ból? Bliziutko padł
strzał, bo poczułem podmuch powietrza. To musiało być w ciotkę, słyszałem
mocne charczenie. Okropnie przeżywałem ostatnie chwile. Zdawało mi się, że
we mnie wszystko ustaje. Następny strzał pada w mamę. Ziemia rozbryzguje się
po mojej głowie. Poczułem, że coś ciepłego spływa po moim karku, ku lewemu
policzkowi. Słyszę charczenie raptowny skurcz ciała. Poczułem, że mamy ręka
przyciska mnie mocniej do siebie, potem ciało zaczęło się rozluźniać, bo ręka
mamy zaczęła słabnąć łagodnie i tak pozostała bez ruchu. Nadeszła moja
kolej. Oczekiwałem z napięciem, prawie martwy z przerażenia. Usłyszałem koło
mnie strzał, szum w uszach i znów piasek posypał się po mojej głowie i rękach.
Krótkie charczenie ale to już z prawej strony. Z biciem serca oczekiwałem na
następny strzał, strzał we mnie, ale i ten usłyszałem nieco dalej i jeszcze
jeden o kilka ciał dalej. Po tej krótkiej scenie mordu zapadła krótka cisza
i nagle znów słyszę jak układają się w naszych nogach następne ofiary, płaczące
i rozpaczające. Kiedy znów usłyszałem wystrzały z tyłu zacząłem w duchu
modlić się i prosić Boga o przeżycie tych potworności.
Krótko to trwało, bo rozstrzeliwali ze zdwojoną szybkością.
Spieszyli się bardzo. Leżałem żywy miedzy trupami, słyszałem lamenty, błagania,
pisk zabijanych dzieci, myślałem, że nie wytrzymam, że zerwę się i będę
uciekał, ale po chwili znów przychodziła myśl, że jeśli to zrobię, zabiją
na miejscu.
W czasie układania się na pobojowisku nikt nie wybierał sobie miejsca.
Kładł się gdzie popadło. Ja też się tak położyłem i leżąc tak wśród
trupów poczułem nagle, że wciska mi się wysokość żołądka
zmurszały pniaczek. Najgorsze było to, że znajdowały się w nim
czerwone mrówki. Pień uciskał tak dokuczliwie, że zaczęło mi brakować
powietrza. Mrówki rozlazły się po twarzy. Zamknąłem usta, zacisnąłem
powieki, ale po chwili otworzyłem usta i nabrałem powietrza i znów zamknąłem,
żeby nie nalazło mrówek. Nie mogłem głęboko oddychać, bo to zdradziłoby
mnie. Myślałem, że nie wytrzymam: brak
normalnego oddechu, mrówki i okropny strach przed śmiercią. Gehenna. Instynkt
nakazywał, żeby najmniejszym poruszeniem nie zdradzić siebie. Leżałem,
cierpiałem i słuchałem, co się wokół dzieje. Trwało to około godziny.
Naraz ustały krzyki i płacz. Strzały były rzadkie. Od czasu do czasu padał
strzał, rozmawiali między sobą głośno: „...o dywyna, o tamtoj
szcze żywe, dobej”. Ja leżałem w tym pobojowisku i prosiłem Boga,
aby mnie nie wykryto. Po chwili nastała cisza, tylko jakiś bulbowiec zawołał:
„ no chłopa idemo, od dywyte, tut morda polska leżyt”.
Zaczęło się ożywienie między
nimi. Zaczęli odchodzić w krzaki w stronę Sokoła. Słyszałem z tej strony
odgłosy.
Leżałem dłuższą chwilę. Była grobowa cisza, bo nawet ptactwo
odstraszone strzałami, nie dawało żadnego głosu. Leżąc między trupami myślałem,
że wszyscy są wybici i gdzie ja teraz pójdę i jak długo tu będę leżał.
Chciałem wstać i uciekać. Bałem się, bo jeśli oni z ukrycia patrzą, czy
ktoś nie wstaje. Wtedy czeka mnie tylko śmierć. Leżałem dalej, a mrówki
gryzły po całym ciele. Upłynęło około pół godziny. Nadal była niczym
nie zakłócona cisza. Podjąłem decyzję. Postanowiłem
ostrożnie podnieść głowę i spojrzeć przed siebie, co się dzieje na
placu zbrodni. Ostrożnie uniosłem głowę i zobaczyłem, że jakaś starsza
kobieta ucieka z tego strasznego miejsca w pobliskie krzaki. Opuściłem głowę
z powrotem i słuchałem, czy nie będą strzelać, ale nadal była cisza. Leżałem
jeszcze chwilę i postanowiłem wstać i uciekać w krzaki, bo jeśli nie
strzelano za tamtą kobietą, to znaczy, że oni wszyscy poszli.
Po raz drugi pomalutku podniosłem głowę, spojrzałem po trupach i
zobaczyłem, jak wstaje kobieta z dwojgiem dzieci. Złapała dziewczynkę i chłopczyka
za rączki i uciekła w krzaki. Znów opuściłem głowę, leżałem i słuchałem,
czy nikt nie będzie strzelał. Nadal była cisza. Po raz trzeci podniosłem głowę
i popatrzyłem na mamę i ciotkę. Leżały martwe. Mama miała oderwany kawałek
czaszki, aż mózg wyrzuciło. To właśnie mózg rozlał mi się po karku i po
twarzy. Bóg zaślepił ich wzrok, bo zobaczywszy mnie zalanego krwią i
mózgiem pomyśleli, że jestem zabity.
Uniosłem się nieco wyżej i powiedziałem półgłosem :
„kto żywy niech ucieka”. Poderwałem się i odbiegłem
około 50 metrów od pobojowiska w łubin. Położyłem się
z brzegu, tak, aby nie być widocznym i zacząłem rozglądać się po
polanie i po trupach, czy ktoś nie poderwie się do ucieczki. Widzę, że ktoś
wstaje i biegnie w moją stronę, do tego łubinu. Poznaję. Jest to mój brat
cioteczny Paweł Jasieńczak. Podniosłem się nieco i zacząłem machać ręką,
aby biegł do mnie. Przebiegł, położył się obok mnie. Widzimy, że znowu
jakaś kobieta z dzieckiem podbiega do zarośli. My natomiast zaczęliśmy się
ostrożnie czołgać tym łubinem w stronę krzaków. Gdy biliśmy parę kroków
od nich, szybko tam wskoczyliśmy.
W tych krzakach spotkaliśmy te kobietę, która wcześniej zbiegła z
dwojgiem dzieci. Dołączyliśmy do niej . Płakała i mówiła, jak sobie
poradzi z dwójką malutkich dzieci. Chłopak był nieco starszy od dziewczynki.
Powiedziałem do niej, że jakoś
musimy dostać się do Jagodzina. Dodałem, że z pobojowiska wyszła ranna w głowę
Janina Kuwałek, obecnie Martosińska. Mówiła,
że ciotka Wikta też była ranna i prosiła o pomoc Jankę, ale Janka jej rzekła
: „cóż ja ci pomogę, ja sama ledwo co żyję”. Pomogła
jej wstać, ale nie dały rady. Tak moja ciotka bez pomocy, z dala od ludzi,
umarła.
Wzięliśmy dzieci. Ja jedno, Paweł drugie na plecy i zaczęliśmy
powoli i ostrożnie iść w stronę Jagodzina. Idąc dotarliśmy do swojej wsi,
Ostrówek. Byliśmy
w krzakach i rozglądaliśmy się, co się dzieje. Przed nami było piaszczyste
pasmo, z rzadka porośnięte jałowcem, zwane borowiną. Zobaczyłem, jak od
strony wsi między tymi jałowcami szybko szedł mężczyzna niosąc cos na
plecach. Kierował się w stronę Sokoła. Musiał to być Ukrainiec, który
przyszedł po łup. Cofnęliśmy się głębiej w krzaki i patrzyliśmy, czy ich
więcej nie ma. Nie było nikogo. Tamten szybko odszedł.
Poczekaliśmy chwilę i zaczęliśmy ostrożnie, od krzaka do krzaka,
pokonywać ten odkryty teren. Zbliżaliśmy się do zarośli położonych bliżej
wsi, do Borku. Szczęśliwie doszliśmy do niego, przeszliśmy w poprzek i na
skraju zatrzymaliśmy się. Byliśmy ukryci w gęstych krzakach, widzieliśmy
wieś i okolice. Wieś częściowo paliła się. Wokół była pustka, tylko psy
strasznie wyły, wszędzie chodziły krowy i konie. Ja i Paweł zwróciliśmy się
do kobiety i mówimy, żeby zaczekała w tych zaroślach, a my pójdziemy bliżej
do wsi i zobaczymy, jaka jest sytuacja, czy kogoś nie ma we wsi, byliśmy
od wsi około 500 metrów od strony Lubomia, Jeśli będzie wszystko dobrze to
wrócimy i pójdziemy wszyscy razem. Jeżeli ktoś by strzelił czy pędził
za nami niech się dobrze ukryje i nakaże dzieciom ciszę, a my będziemy
uciekać w przeciwnym kierunku. Ostrożnie doszliśmy do skraju lasu, rozejrzeliśmy
się dokładnie, spojrzeliśmy jeden na drugiego i rzekłem do Pawła: „ słuchaj,
idziemy ale nie razem. Ja pójdę pierwszy, ty zostań i pilnie wokół patrz.
Jeżeli coś zobaczysz, krótko gwizdnij, to ja upadnę i się skryję. Jeżeli
ktoś będzie biegł w moim kierunku, krzykniesz i uciekaj,, ja też zawrócę.
Jeżeli będzie cisza i spokój, to ja pobiegnę ze 100 m i się położę. Będę
obserwował, a ty za mną chyłkiem dobiegniesz i się tez położysz. Teraz
znowu ty będziesz obserwował, a ja będę biegł w stronę wsi. I tak na zmianę”.
Uścisnęliśmy sobie ręce, spojrzeliśmy w twarze i bez słowa wyszedłem
z ukrycia. Rozejrzałem się wokół i chyłkiem zacząłem iść ku wsi. Biegłem
i rozglądałem się. Nie słysząc żadnego ostrzeżenia, biegłem dalej.
Przebiegłem prawie pół odległości do wsi i dopiero się położyłem. Leżąc
popatrzyłem dokładnie przed siebie w lewo i w prawo. Spokój i cisza, tylko
niektóre zabudowania palą się i psy wyją. Słyszę, jak Paweł zbliża się
do mnie, dobiega i kładzie się obok. Przez chwilę dokładnie obserwowaliśmy
zabudowania, budynek po budynku, czy nie widać jakiegoś zamieszania. Nadal było
spokojnie, żadnego śladu życia. Poleżeliśmy chwilę i mówię do Pawła, żeby
dobrze obserwował teren, a ja pobiegnę aż do zabudowań: przy nich poczekam
na niego, ale najpierw się rozejrzę i dam mu znać ręką. Poderwałem
się i chyłkiem szybko pobiegłem aż pod zabudowania i upadłem. Z
bijącym jak młot sercem nadsłuchiwałem, czy nie słychać rozmów, szmerów.
Nic grobowa cisza. Tylko trzask ognie i spadające opalone bale.
Wstałem, oparłem się plecami o ścianę stodoły i machnąłem parę
razy w kierunku Pawła. Poderwał się i dobiegł do mnie. Kucnęliśmy i przez
chwilę obaj nasłuchiwaliśmy. Krótka narada po cichutku, że Paweł pójdzie
poza budynkami z jednej strony, ja z drugiej w stronę drogi, która biegła
przez środek wsi. Chcieliśmy zobaczyć co się dzieje we wsi i po drugiej
stronie w zabudowaniach. W rowie przy trakcie mieliśmy poczekać jeden na
drugiego.
Rozeszliśmy się. Szliśmy koło ścian i płotów w
kierunku traktu, cichutko i ostrożnie, bacznie nasłuchując i rozglądając
się wokół siebie. Szczęśliwie dotarliśmy do rowu, przykucnęliśmy w nim i
zaczęliśmy obserwować wzdłuż wsi i poza budynkami, czy ktoś się nie kręci.
Nie było widać nikogo, tylko niektóre budynki dopalały się, na drodze leżało
parę trupów i psy żałośnie wyły. Chwilę jeszcze rozglądaliśmy się.
Cisza i spokój. Postanowiliśmy wrócić do kobiety wziąć dzieci i uciekać
razem do Jagodzina.
Wyskoczyliśmy z rowu i pochyleni szybko biegliśmy koiło zabudowań w
kierunku Borku, do zarośli. Kobieta tak się ukryła, że musieliśmy po cichu
wołać. Odezwała się, doszliśmy do niej i opowiedzieliśmy, co widzieliśmy
we wsi. Ona powiedziała do nas „chłopcy uciekajmy stąd, póki nie ma
nikogo”. Tak też się stało. Paweł wziął, nie pamiętam już chłopaka
czy dziewczynkę. Zabraliśmy je na plecy. Kazaliśmy im dobrze trzymać się za
szyję i wyszliśmy z krzaków. rozejrzeliśmy się i w odstępach kilkunastu
kroków szliśmy gęsiego. Szybko ruszyliśmy ku wsi. Kobieta powiedziała do
nas, żebyśmy minęli wieś i poszli między Samotnią i Szuszkiem. Samotnią
było zwane zabudowanie, które stało nieco dalej od wsi na rozdrożu. Szuszko,
to gospodarz mieszkający na początku wsi. Tą luką szliśmy w stronę
Jagodzina. Kiedy minęliśmy wieś i zbliżaliśmy się do łąki-pastwiska
zwanego Brzeziną, ujrzeliśmy, że jakiś mężczyzna idzie w naszym kierunku.
Był jeszcze daleko. Stanęliśmy jak wryci i pomyśleliśmy, że może to
bulbowiec. Mieliśmy już uciekać do Borku, ale on się szybko zorientował, że
my się boimy, a widząc kobietę, dzieci malutkie i nas niezbyt wyrośniętych
zaczął dawać ręką znaki i nawoływać, żeby się nie bać i iść do
niego. Ruszyliśmy pomału w jego stronę. Powiedzieliśmy sobie, że to na
pewno ktoś kto ocalał, bo jeśli byłby to bulbowiec, to pędziłby za nami.
Zbliżyliśmy się do siebie i kiedy dzieliła nas już odległość około
200 m poznałem, że był to Muzyka Józef, mój sąsiad, ten, o którym
wspominałem na wstępie. Po chwili on nas też rozpoznał
i zaczął biec do nas. Spotkaliśmy się na łące, zwanej Brzeziną, położonej za wsią na wysokości dworu Kończewskich w stronę
Jagodzina.
Kiedy dopadł nas, płakał i pytał, czy idziemy od strony Sokoła.
Powiedzieliśmy, że tak. Pytał mnie, czy nie widziałem jego żony i dzieci,
bo on ich ukrył w lochu po ziemniakach, zamaskował, a sam czołgając się do
swej kolonii położonej koło Strycharza niedaleko Pietrówki, niedaleko do
Nowego Jagodzina cudem ocalał, a teraz idzie po nich. Powiedziałem, że nie ma
po co iść, bo oni są wybici. Widziałem ich na placu szkolnym, w kościele i
na polanie, gdzie zabijano nas. Jego żona była z córką Grażyną i chłopczykiem
( nie pamiętam jak miał na imię). Kiedy wszystko opowiedziałem mu o jego
rodzinie, wziął twarz w dłonie i zaczął głośno płakać, a my razem z
nim. Po krótkiej chwili opuścił ręce i spojrzał na mnie. Powiedział:
„ Oleś, twój ojciec żyje i twój stryj Łukasz z żoną i dziećmi:
Felkiem, Antkiem i Jankiem. Wszyscy tuśmy pół godziny temu stali i
rozmawiali. Oni poszli do Jagodzina, a ja szedłem po żonę i dzieci”.
Tak staliśmy chwilę i nagle widzimy, że od dworu Kończewskich jedzie
kilka furmanek, a obok nich gęsiego sporo mężczyzn. Już mieliśmy uciekać,
ale Muzyka powiedział, żebyśmy się nie bali, bo to Polacy z Jagodzina jadą
do Ostrówek. Było to jednak już za późno. Jeszcze chwilę patrzyliśmy na
nich jak wjeżdżali do wsi. Konie i krowy chodziły po polach.
Po chwili rzekł Muzyka do mnie „Jak mówisz, to już nie pójdę
po nich”, idziemy razem do Jagodzina. Ruszyliśmy w drogę. Zaszliśmy
tam pod wieczór. Wstąpiliśmy do domu blisko stacji kolejowej. Poprosiliśmy
gospodarza ( nazwiska nie znam, bo nie pytaliśmy), aby dał nam coś zjeść, a
jeśli nie mają, to chociaż dzieciom. Kobieta wyłożyła duży gar gotowanych
ziemniaków i podała jakiś żur. Było u nich sporo ludzi z Jankowiec, ci
którzy uciekli przed bulbowcami. Trochę głód przegnaliśmy, i gdzie kto mógł
odpoczywaliśmy.
Ludzie z Jagodzina wypytywali nas, jakim cudem ocaleliśmy i co widzieliśmy,
ale jakoś nie było chęci do rozmowy. Za jaką godzinę przyszli do tego domu
mój stryj Łukasz, ciotka, Felek, Antek i Janek. Przywitaliśmy się z płaczem
i stryj mówi, że mój ojciec wie, że ja żyję i mnie szuka. Ktoś powiedział,
ze ja poszedłem do Rymacz, więc on też tam poszedł, ale mam nigdzie nie
odchodzić, bo on ma tutaj przyjść, do tych ludzi, u których teraz byliśmy.
Tak się umówił ze stryjem.
Po godzinie zobaczyłem się z ojcem. Jakie to było spotkanie, każdy może
sobie wyobrazić. Wieczorem przyjechali z Ostrówek ludzie z samoobrony (z
Jagodzina i z Rymacz) i przywieźli spod
Sokoła żonę Kalety i mamę Pawła. Były one trafione w szyję a ustami wyszły
kule. Jeszcze żyły, ale w drodze zmarły. Przywieźli jeszcze chłopaka,
którego wyciągnęli z dołu. Był
on raniony siekierą. Kaleta pochował swoją żonę na cmentarzu w Rymczach, a
Paweł swoja mamę, a moją wujenkę pochował przy torze z lewej strony stacji
kolejowej. Obaj wykopaliśmy dół a ludzie włożyli ją do dołu. Usypaliśmy
mogiłkę, postawiliśmy naprędce zrobiony krzyż. Pożegnaliśmy wujenkę i
poszliśmy na
nocleg. Było to już przy stacji kolejowej, bo każdy bał się iść dalej,
aby bulbowcy nie napadli w nocy. Stacja była usypana wałem ziemnym i Niemcy pełnili
cała dobę wartę. Nocą pełnili wartę starsi i młodzież, spały tylko
dzieci. Rano starsi poszli do Niemców prosić, żeby pozwolili zabrać się nam
węglarkach pociągiem do Dorohuska. Niemcy odpędzili nas od pustych wagonów
wracających z frontu wschodniego. Pamiętam, jak pociąg wjechał na stację i
ludzie zaczęli włazić do wagonów. Nazbierało się ich już sporo, tych
niedobitków. Niemcy stanęli w rozkroku i skierowali do nas pistolety
maszynowe. Krzyczeli „raus verfluchte” i odganiali od pociągu.
Jeden z mechaników, a była to drużyna polska, podszedł do nas nieznacznie i
po cichu powiedział, żebyśmy nie stali tutaj, bo i tak nie pozwolą nam wejść.
Mamy iść wzdłuż torów w stronę Bugu, a on
odjedzie parę kilometrów od stacji i zatrzyma pociąg. Wtedy mamy
wsiadać do węglarek i cichutko siedzieć, bo na Bugu jest kontrola, ale tylko
parowozu. Ten mechanik był Polakiem.
Zrobiliśmy tak, jak nam kazał. Poszliśmy ponad torem. Po jakimś
czasie usłyszeliśmy gwizd pociągu. Ruszył ze stacji. Odeszliśmy jakieś
trzy kilometry, podjechał do nas, zatrzymał pociąg, powsiadaliśmy,
pociąg ruszył w kierunku Bugu. Tam Niemcy zatrzymali pociąg, głośno
rozmawiali, ale do wagonów nie zaglądali. Po chwili pociąg ruszył i szczęśliwie
dojechaliśmy do Dorohuska. Pociąg zajechał trochę dalej za stację i tam się
zatrzymał. Mechanik zawołał, żebyśmy wysiadali pomału i szli w stronę
osady.. Wysiedliśmy z wagonów i małymi grupkami szliśmy do osady Dorohusk.
W osadzie zatrzymali nas granatowi policjanci, Polacy i zaczęli nas
rozpytywać o wszystko. Starsi opowiadali, co się stało. Po chwili podszedł
do nas Niemiec w żółtym ubraniu ze swastyką na rękawie. Potem dowiedziałem
się, że był to dowódca Hitlerjugend. Gdy go granatowi zobaczyli idącego w
nasza stronę, kazali nam dużo nie mówić, bo tu jest dużo Ukraińców i może
być niedobrze. Przyszedł do nas, porozmawiał ( umiał trochę po polsku) i
poszedł.
Ktoś powiedział, żebyśmy szli do szkoły. Poszliśmy. Tam zeszli się
prawie wszyscy, którzy przyjechali. Odstąpiono nam jedną salę. Przyszli
ludzie z Dorohuska, przyszedł ksiądz Suprun i zaczęli o wszystko wypytywać.
Piekarnia była obok, więc zorganizowano nam świeży chleb i czarną kawę. Było
to wszystko bardzo dobre. Pod wieczór przyszło paru Niemców. Jeden był
starszym stopniem. Popatrzyli na nas, porozmawiali miedzy sobą. Po chwili
przyszedł ksiądz. On umiał po niemiecku. Porozmawiał trochę z tym oficerem.
Niemcy poszli, a ksiądz powiedział do ludzi, że trzeba szkołę opuścić do
jutra, jeśli nie, to zabiorą nas do obozu. Ksiądz zwrócił się do ludzi z
Dorohuska, aby zabrali nas do siebie, ile kto może, choć na krótki czas, a
potem jakoś się ułoży. Zaczęli zgłaszać się chętni i do zmroku rozeszliśmy
się. Mnie i ojca zabrali państwo Grabowscy. On prowadził restaurację, ona była
nauczycielką. Tam byłem przez tydzień. Grabowska miała dom letniskowy, wynajęty
u Kuźmiuka. Tam
nieraz chodziłem i tam poznałem Łukaszczuków. Łukaszczukowa poprosiła
Grabowską, abym u nich został. Pani Grabowska zgodziła się. I tak u Łukaszczuka
pozostałem do wyzwolenia. Relacja
Aleksandra Praduna [1] Na Rubieży nr.3/1993. [2]
Relację tę spisał i opracował pan Paweł Wira. BIULETYN Nr 5 ( 1943 nr
4) [3]
Na
Rubieży Nr 2/1993 [4]
Na Rubieży
Nr 3/1993. Autor relacji miał w chwili ataku
na wieś 13 lat.
|