|
RELACJA ŚWIADKA CZESŁAWA WASIUKA.[1] Wieczorem 29 sierpnia 1943 r.
przyszła sąsiadka, spotkała matkę z siostrą na ręku i mnie przy nodze. Mówiła,
że rano Ukraińcy mają napaść na wieś i będą mordować. Jak sąsiadka
poszła, mówię mamo uciekajmy, a mama co będzie to będzie, nigdzie nie będę
uciekała. Rano jeszcze była szarówka, ojciec i matka nas zbudzili i mówią,
że musimy uciekać bo Ukraińcy wieś okrążają. Schowaliśmy się do lochu
(piwnicy na ziemniaki). Ojciec powiedział, że łatwo tu wykryją i wyszliśmy
z lochu. Wtedy zobaczyłem pocisk świetlny, który przeleciał nad domami, wzdłuż
wsi. Poszliśmy w stronę rzeczki (rów
melioracyjny poza wsią, w tzw. „zagrodziu”), ale zaraz usłyszeliśmy
głos: „kuda bo strelaju”. Wróciliśmy i koło domu zabrali
nas na zebranie do szkoły. Na placu przed szkołą było już dużo ludzi, a
Ukraińcy leżeli z karabinami maszynowymi gotowymi do strzału. Tutaj nas
rozdzielono. Mężczyzn zamknięto w szkole, a kobiety z dziećmi w kościele.
Kobiety modliły się po cichu, głośno płakały
jeszcze inne modliły się leżąc krzyżem przed ołtarzem. Koło południa
kościół otworzyli i kazali wychodzić. Poprowadzili w kierunku cmentarza, po
lewej stronie paliły się zabudowania w odległości 150 m. Przy cmentarzu
niektóre kobiety nie chciały iść dalej. Tutaj zostały zabite. Matka nie
pozwoliła na to patrzeć. Zasłaniała sobą i mówiła idź szybciej. Ukraińcy
kilkanaście strzałów oddali w kierunku wsi, a nas pognali dalej. Za
cmentarzem skręciliśmy w prawo, później w lewo przez pola uprawne 2-3 km.
Zatrzymali na dróżce przed krzakiem olszyny, a na lewo było ściernisko.
Wszystkim kazano usiąść na ziemi.
Po chwili przyjechał na białym koniu jakiś
starszy i zrobi krótką naradę. Później jeden Ukrainiec wziął dziesięć
osób od czoła wyprowadził dalej na ściernisko kazał się kłaść i zabijał
bagnetem na karabinie. Z następną dziesiątką to samo zrobił.
Wziął trzecią dziesiątkę zabił pięć, sześć osób i mówił: Ja
sam nie budu byty i odszedł na bok. Wtedy z grupy wyszedł inny wziął następną
dziesiątkę, zaczął bić doszedł drugi i we dwóch wybili tę dziesiątkę.
dalej bili na stojąco strzelając z tyłu, po trzech, czterech i na zmianę. Ja
byłem z matką w ostatniej niepełnej dziesiątce. Przede mną poszły trzy
osoby, a ja za nimi, ale matka zawołała: „Czesiek chodź do mnie”,
poszedłem do matki pocałowała mnie w czoło, odwróciłem się i poszedłem
na zabicie, jakieś cztery metry na brzeg ścierniska. Widziałem jak pierwsza
osoba padła, do drugiej strzelał inny, a ten co zabił pierwszą, zachodził
zabić trzecią, ja byłem czwarty. Przyszłą mi myśl udawać trupa. Zakryłem
twarz i oczy rękami, żeby nie pokłuć twarzy o ściernisko, upadłem jak
zabici padali. Nie ruszając się zacząłem pomału oddychać, jak zabrakło
powietrza to szybciej i znów pomału. Bałem się, że mnie plecy będą się
ruszać i dobiją, jak inni dobijali pokazując go się rusza i omdlałem. Przez
sen usłyszałem, jak kobieta mówiła: „uciekajmy”. Ukraińcy
już poszli. Podniosłem się na rękach i zobaczyłem, jak trzy kobiety uciekały
w krzaki. Chciałem biec za nimi, ale ostatnia cofnęła się z krzaków i mnie
ręką pogroziła. Popatrzyłem na matkę, nie miała lewego ramienia. Brat leżał
z drugiej strony matki, a siostra w poprzek z otwartymi oczami. Zrzuciłem z nóg
ciało i położyłem się jak przedtem i straciłem świadomość. Po obudzeniu
się wstałem, słońce było już nad zachodem.
Czesław Wasiuk Byłam świadkiem – wspomnienia
i relacje Heleny Bieleckiej[2]
Relacja I
W marcu 1943 roku żyło nas sześcioro:
Jula, Zosia, ja (Helena), Julian, Marysia i Jasio, z tym, że Jula była na
robotach przymusowych w Niemczech.
Jak już wspomniałam, w niedzielę
wszystkich kto nie poszedł do kościoła, tato zbierał w pokoju i czytał cała
Mszę św. Mama w tym czasie w kuchni szykowała obiad. Jasio kiedyś zapytał:
„ A po co oni się modlą?” „Żeby
bozia dała zdrówko i chleba” – odpowiedziała mama. Dzieci
cichutko weszły do kuchni i klęcząc, na cały głos zaśpiewały: „Boziu,
daj chleba i śmietany”. Śmiech,
radość i miłość, aż pulsowały w tym domu. Mimo trosk, niedostatku i
wojny, to poczucie więzi rodzinnej sprawiało, że życie było piękne.
Bardzo się modliłam, pisałam wiersze do
Matki Boskiej i co się dało, czytałam. „Ojca zadżumionych” Słowackiego
nauczyłam się na pamięć. Byłam zauroczona tragizmem i rymem. Pamiętam, że
moje dzieci nie chciały radia ani zabaw, tylko prosiły:- Mamo, powiedz:
„Leżało dziecko nieżywe...”
Przed wojną Polacy, Żydzi i Ukraińcy
traktowali się jak równi sobie. Żyli dość skromnie, ale razem uczyli się,
pracowali, pili, a nawet były mieszane małżeństwa. Wojna
wszystko przewróciła do góry nogami.
Z wojny we wrześniu 1939 roku oraz
pierwszej okupacji sowieckiej niewiele pamiętam. Polska została rozebrana
przez „Przyjaciół” Moskali i Niemców. Myśmy się znaleźli pod
okupacją sowiecką.
Żydzi śmiali się i mówili: „
Jak był Piłsudski, to było po ludzku, jak przyszedł Sowiet, to s...ka
zobaczyła świet”.
Wiem, że były wywózki na Sybir oraz różne
zakazy i nakazy.
W 1941 roku Niemcy przepędzili
„przyjaciół” Moskali i zaczęła się u nas okupacja niemiecka.
Weszli czyści, piękni, z uśmiechem na twarzach i zimnym wrogim spojrzeniem.
Znowu wszystko się zmieniło.
Żydzi zostali oznaczeni gwiazdą Dawida;
byli przerażeni.
Ukraińcy ważni i butni, z nikim się nie
bratali. Co chcieli, to robili. Utworzono ukraińską policję, która w
polskich domach przeprowadzała rewizje i zabierała wszystko co się jej podobało,
grożąc, że zabiją, jeśli ktoś się poskarży. Władza przeszła w ręce
ukraińskich nacjonalistów. Niemców po wsiach nikt nie widział, tylko ich
rozkazy i zarządzenia wykonywali coraz bardziej rozbestwieni Ukraińcy.
Polacy żyli w ciągłym strachu przed
Niemcami i Ukraińcami. Tato
codziennie odwoził mleko do zlewni w Małym Siedliszczu. Pewnego dnia 1942
roku wrócił z mlekiem zmieniony, blady – i powiedział” „w
nocy wszystkich Żydów z miasteczka wywieźli i wymordowali. Zrobili to Niemcy
przy pomocy policji ukraińskiej”.
Po tym zaczęło się rabowanie wszystkiego,
co po Żydach zostało. Niektórzy Żydzi byli bogaci, toteż wzbogacili się
ich mordercy. Rabowała nie tylko policja, ale także prawie wszyscy zwykli
mieszkańcy Małego Siedliszcza. Sąsiad, który też woził mleko, później
opowiadał, że jest już bogaty, tyle dobra wszelkiego sobie naściągał. Po
południu tego dnia poszłam do Małego Siedliszcza (miasteczka). Chodziłam i
oglądałam splądrowane domostwa. Kiedy wróciłam do domu, dostałam torsji i
rozchorowałam się. Dziś nie wiem, dlaczego tam poszłam. Jednocześnie z
rabunkiem trwało wyłapywanie Żydów, którzy się
ukrywali, zabijano ich widłami i siekierami. Szukano na strychach, w
piwnicach i we wszelkiego rodzaju kryjówkach, a także w lasach i zaroślach. Później
Ukraińcy chodzili i sprzedawali zrabowane rzeczy: buty, odzież, biżuterię.
Przynosili do mamy suknie do przeróbki i materiały do szycia. Mama im szyła.
W nocy ktoś zastukał do okna. Tato otworzył drzwi i do mieszkania
weszli przestraszeni Żydzi: Szyłym z synami i synową. Prosili: „Mieciu
,ratuj! Uciekliśmy. Do
nocy siedzieliśmy w szuwarach nad rzeką”. Tato
zaprowadził ich na strych obory, gdzie było siano. Mama codziennie gotowała
duży gar zupy. Siedzieli cicho. Ukraińcy
często zaglądali do obory i sprawdzali, czy czasami tato nie zabił świni lub
jałówki na własny użytek. Na to potrzebna była zgoda władz. Tato drżał
ze strachu, że odkryją Żydów. Tylko małe dzieci nie wiedziały. My starsi,
wiedzieliśmy i musieliśmy milczeć.
Po jesieni przyszła ostra zima. Koce i
kurtki nie wystarczały. Chleb zamarzał na kość. Zupa momentalnie stygła. Więc
przychodzili w nocy do mieszkania ogrzać się. Nie wolno było o tym nikomu
pisnąć słowa, gdyż groziła śmierć całej rodzinie. Pamiętam, kiedyś w
nocy przyszli do mieszkania i przerażeni zobaczyli, że w kuchni jest Marysia
(3,5 letnia) i patrzy na nich, a po chwili mówi: „
To Żydy”. Boże! Ile trzeba było dziecku się natłumaczyć, że
zaraz pójdą, nie wiemy dokąd. Toteż wiosna poszli w lasy. Prawdopodobnie
zginęli wszyscy troje. Było im dane przeżyć w strachu i zimnie tylko jedną
zimę.
Przyszedł rok 1943. Tymczasem policja ukraińska
przeistoczyła się w bandę UPA (Ukraińska Powstańcza Armia) grożąc, że
teraz wymordują Polaków i będą mieli wolną Ukrainę. Znowu strach i przerażenia
padło na ludność polską. Wpadali do domów polskich, rewidowali, szabrowali
i zapewniali o przyjaźni, gdyż niektórzy Polacy zaczęli wyjeżdżać do
miast. Miedzy innymi babcia z ciocią Zosią, stryjkiem Wackiem i ciocią Kazią
wyjechała do Kostopola do cioci Broni. My zostaliśmy. Po głodnej wiośnie
tato postanowił trochę się zaopatrzyć na wyjazd. Tymczasem zaczęły napływać
coraz bardziej alarmujące wieści o tym, że Ukraińcy mordują Polaków, że
napadają na większe wsie, wszędzie jest panika. Tato wykopał dół pod stodołą
i schował trochę rzeczy, miał jechać jeszcze do młyna. Mama jeszcze szyła
Ukraińcom, którzy zapewniali, że nigdy nie przyjdą nas mordować.
Któregoś wieczora tato mnie, Zosię i Julka schował w schronie pod
stodołą i przykrył darnią, mówiąc: „
Może te dzieci przeżyją”. Następnego ranka, na wpół żywe
wskutek braku powietrza, nas powyciągał.
Tato był jakiś otępiały, nic nie mógł robić, zamyślał się.
Pierwsze dni maja 1943 roku były jednym
pasmem strachu i chęci ucieczki. Po nocach się czuwało, były dyżury i przy
najmniejszym podejrzeniu ruchu wszyscy byli na nogach, gotowi do ucieczki w zboża
i do lasu. Julek mówił: „ Mamo,
tylko mnie obudź, mam taki schron, że nikt mnie nie znajdzie”.
Z 25 na 26 maja 1943 roku na noc do nas przyszły z Grud kuzynka
Maria Żukowska z córeczką, Adela Sewrukowa z dwojgiem dzieci oraz staruszka
Sewrukowa. Bały się, że tej nocy ich wieś będzie mordowana. Nie było gdzie
spać, więc tato mnie i Zosie zaprowadził do obory na stryszek z sianem. W
nocy obudziły nas jakieś głosy. Noc przedtem pies Brysio całą noc wył.
Teraz słychać było jakieś trzaski. Wyprowadzają bydło z obory ? Co się
dzieje ? Zosia mówi: „ Ja zejdę i
zobaczę, ty zostań”. Ale ja się nie zgodziłam. Trzymałam się jej
kurczowo i prosiłam, aby została. I tak leżałyśmy cicho. Usłyszałyśmy,
że ktoś wchodzi po drabinie. Wstrzymałyśmy oddech. Po chwili powiedział po
ukraińsku: „ Tu nic nie ma”
i zszedł z drabiny. Jeszcze raz trzasnęły gdzieś drzwi i całkiem ucichło.
Wtedy cichutko zeszłyśmy z Zosią na dół. Zapamiętałam tylko króliki na
wolności, parasolkę rzuconą u drzwi wejściowych szeroko otwartych, i ciszę,
okropną ciszę. Weszłyśmy do domu i zobaczyłyśmy mamę całą we krwi na
progu sypialni. Podniosła głowę i mówi: „ To
wy żyjecie?”. Cisza dzwoni w
uszach, przerażenie, rozpacz. Co tu się stało? A mama mówi: „Sprawdźcie,
może ktoś żyje?. Nieprzytomna i roztrzęsiona ułożyłam z siostra mamę na łóżku. Kurczowo trzymałam się siostry
i tylko byłam w stanie szeptać: „Zosiu,
uciekajmy”. Ale ona wyniosłą zarąbaną 4-letnią Marysię do dużego
pokoju, a ja spojrzałam na drugie łóżko – już dniało, powoli mrok się
rozjaśniał – i zobaczyłam Jasia, 2,5 letniego brata. Leżał śliczny w
białej koszulce, tylko dziwnie główkę miał odrzuconą w bok. Nachyliłam się
i zobaczyłam przerąbaną szyję, głowa wisiała na skórze. Tylko krzyknęłam,
„mój Jasio nie żyje” i położyłam rękę na jego udzie.
Jeszcze poczułam żywe, pulsujące ciało. Chwyciłam się za głowę i wypadłam
z pokoju, szukając Zosi. Uczepiłam się jej, nieprzytomna na widok pokotem leżących
trupów. Marysia Żukowska córeczkę miała pod sobą. Obie zarąbane, cały
pokój we krwi. Czternastoletni Julek leżał obok bez części czaszki, z
rozlanym mózgiem. Zosia odwracała ciała sprawdzając, czy ktoś jeszcze żyje.
Żyła staruszka Sewrukowa z przerąbaną szczęką. Przeniosłyśmy ją do
sypialni mamy. Zosia i i Jasia położyła przy trupach. A ja nieprzytomna, wciąż
uczepiona Zosi, szeptałam „
Uciekajmy!”. Wtedy mama mówi: „
Chowajcie się, jadą jakieś wozy drogą”.
Ja wsunęłam się pod łóżko mamy, pod którym była krew Marysi.
Zosia schowała się w szafie w dużym pokoju. Weszli. Bałam się oddychać.
Noga bandyty była tuż mojej twarzy. Chwilę postał i wyszedł. Po chwili mama
mówi: „Helka, idź, gaś”. Cicho szepcę: „ Może jeszcze są”. W tym momencie wpada Zosia i mówi
cicho: „Cały dach w płomieniach,
musimy mamę i staruszkę wyprowadzić (wynieść) z domu w zboże, za stodołę”. Zosia się uwija, wynosi co może i ściele posłanie
w życie. Ja, trzęsąc się,
tylko szepcę: „Uciekajmy” Wyprowadzamy mamę z domu płonącego. Zosia mówi:
„Prowadź, ja skoczę,
jeszcze cos wyniosę z domu”. Już dniało. Spojrzałam na mamę i
zobaczyłam odrąbane ramię i wiszące ciało. Blada wyszeptała : „Idź,
cos jeszcze uratuj, ja sama pójdę”. Kiedy wróciłam, mama leżała
w tym samym miejscu, gdzie ja zostawiłam. Zosia wypadła z domu z garnkiem
zsiadłego mleka i łyżką. Dowlokłyśmy mamę do żyta za stodołą i już było widno,
kiedy przez łąki uciekałyśmy do Kostopola, gdzie była babcia i cała reszta
rodziny. W nocy był przymrozek. My bose, w kretonowych koszulinach, przerażone
do nieprzytomności. Na trawie był szron i nogi tak mi zmarzły, że z bólu
pomyślałam: „ Czemu mnie nie
zabili”. Wtedy zobaczyłyśmy, że ktoś nas goni. Z lasu wypadli
bandyci i do rzeki nas dogonili. Zosia wciągnęła mnie do wody i za rękę
przeciągnęła mnie na drugi brzeg. Jej woda
sięgała do ramion, a mnie oczy zalewała, przeraźliwie zimna. Obejrzałyśmy
się, bandytów nie było. Oni tylko nocami mordowali , a w dzień udawali
przyjaciół i niby żal. Wracając z wyprawy palili te domostwa, gdzie były
trupy. Spieszyli się, gdyż już świtało. Kiedy nasz dom palili, nawet nie
zauważyli, że dzieci nie było, tylko mama i staruszka leżały w sypialni. To
nas uratowało. Na wpół żywe z przerażenia, drżące z zimna, bose, w
kretonowych koszulinach, oszronionymi łąkami, omijając wsie ukraińskie, o
godzinie szóstej rano dotarłyśmy do Kostopola. Nie pamiętam, jak babcia,
brat i siostry ojca to przeżyły. Miałam 14 lat i pierwszy raz zobaczyłam światło
elektryczne. Brat
ojca, Wacek, mieszkał u dalszej kuzynki, a babcia i ciocia Zosia – u
cioci Broni, która na stałe mieszkała w Kostopolu. Zaraz
rano, brat ojca Wacek i mąż cioci Zosi Józef Reszczyński pojechali zabrać
mamę i panią Sewrukową do
szpitala. W południe poleciałyśmy do szpitala. Przywieźli mamę sąsiedzi z
okolicznych wiosek. Cecylówki i Grud, którzy zobaczyli pożar, przyszli na
osiedle w Małym Siedliszczu, zastali pogorzelisko i znaleźli za stodołą mamę
i panią Sewrukową. Przywieźli ja do szpitala w Kostopolu 26 maja 1943 roku.
Widziałam jak mamę znoszono z wozu całą we krwi i strzępach porąbanej
bielizny. Szok, przerażenie, głód i na wpół żywa mama. Lista Polaków
zamordowanych i zranionych przez Ukraińców w nocy z 25 na 26 maja 1943 roku w
Małym Siedliszczu: 1.
Mieczysław
Szczurowski, ur. w 1903 r., mój ojciec z Małęgo Siedliszcza 2.
Julian Szczurowski,
ur. w 1929 r., syn Mieczysława 3.
Maria Szczurowska,
ur. w 1939 r., córka Mieczysława 4.
Jan Szczurowski,
ur. w 1941 r., syn Mieczysława 5.
Maria Żukowska,
około 29-30 lat, kuzynka z Grud 6.
NN. Żukowska, około
3 lat, córka kuzynki 7.
Adela Sewruk, około
40 lat, znajoma 8.
NN. Sewruk, około
6 lat, syn Adeli 9.
NN.Sewruk, około 4
lat, córka Adeli 10.
NN.Sewruk, około
60 lat, teściowa Adeli, z Grud, porąbana siekierą – przeżyła 11.
Aleksandra
Szczurowska, ur.w 1905 r., żona Mieczysława, moja mama, z Małego Siedliszcza,
porąbana siekierą – przeżyła. Osoby wymienione
pod liczbami porządkowymi od 1 do 9 zostały zarąbane siekierami i spalone w
domu. Staruszka Sewrukowa została wyleczona, ale miała wykrzywiona twarz po
przerąbaniu siekierą szczęki. Żyła gdzieś w Polsce, kontaktu z nią nie
miałam.W Kostopolu rozpoczął się nowy etap naszego życia. Po przewiezieniu
mamy do szpitala lekarze powiedzieli: „
To już trup, szykujcie trumnę”. Wieczorem była narada rodzinna, co
z tymi dziewczynami zrobić. U
cioci Broni „kostopolanki” była już babcia z córką Kazia i Zosia
Reszczyńską, jej mężem i malutkim tygodniowym dzieckiem. Stryj Wacek z żoną
Weronką i córka Zosią mieszkał u dalszej kuzynki. Nie wiadomo, co poczną i
kto da jeść 14 i 15-letnim dziewczynom. W końcu dalsza kuzynka, która wyszła
za mąż za pana, który dogrzebał się niemieckich przodków, i była już
folksdojczką, zgodziła się na dach nad głową za to, że Helena będzie pasła
jej krowę, ale jeść nie da. Pewna wielka pani, kochanka oficera niemieckiego,
której krowę też pasłam w podkostopolskich lasach, dała mi stary płaszcz.
Płakałam z rozpaczy, i z głodu, a kiedy dostałam przypadłość kobiecą,
wyrwałam kawałek podszewki z tego starego płaszcza – i to była
podpaska. Czasem dała mi kawałek
spleśniałego sera i suchy kawałek chleba. Często dzieliła się ze mną
swoim śniadaniem Kazia, która pasła krowy babci. Mama wciąż żyła. W końcu
za wypas krów dostawałam, oprócz noclegu, jeden litr mleka do szpitala dla
mamy. W czasie wojny Niemcy polskich chorych żywili jak w obozie.
W dalszym ciągu po całych dniach i nocach
płakałam i rozmyślałam o tym okrutnym świecie, gdzie człowiek przyciskając
nogą leżącego na ziemi innego człowieka, zadaje mu śmierć siekierą. I
tylko dlatego, że jest Polakiem. Czasami wydawało mi się, że postradałam
zmysły i nigdy nie pogodzę się z tym, co się stało. Po trzech miesiącach
mama wyszła ze szpitala. Z opuchniętą lewą ręką, opanowana, spokojna, jak
gdyby przespała wszystko to co przeżyła. Czy patrząc tylko w kawałek sufitu
przez parę tygodni, odrodziła się do życia, pogodzona ze stratą męża i
trojga dzieci oraz domu i wszystkiego, co do życia potrzeba?
Zbliżał się rok 1944. Folksdojcze zaczęli
uciekać do Niemiec. Zostałyśmy z mamą same w mieszkaniu dalszej kuzynki.
Zosi z nami już nie było. Z pociągu, wiozącego dziewczęta na roboty do
Niemiec, uciekła i znalazła się w Krasnymstawie w lubelskiem.
Jak przeżyłyśmy w Kostopolu, nie wiem,
gdyż zdobycie ziemniaka czy kawałka chleba było cudem. Mama jakoś zdobywała
kilka ziemniaków i skórkę ze słoniny, i gotowała zupę wodziankę. Przeżyłam
głodową biegunkę. Nie przyznałam się mamie, że jestem chora. Kiszka
stolcowa na kilka centymetrów wychodziła na wierzch i trochę pianki. Cierpiałam
męki wiecznego ciągnienia jelit w pięty. A kiedy rozpaczałam, mama
z opuchniętą ręką i też głodna, prosiła: „Uspokuj
się! Ludzie mówią, że mam nienormalną córkę”. Byłyśmy z mamą świadkami wyzwolenia Kostopola. Strasznie przeżyłam bombardowanie miasta przez Sowietów. Niemcy przed opuszczeniem Kostopola szaleli, strach było wyjść na ulicę. W styczniu 1944 roku weszli Sowieci. Wyglądali jak banda obdartych zawszawionych ludzi z karabinami na sznurkach. Do ludzi w oknach wrzeszczeli: „Czego smotrisz”. Uklękłyśmy z mamą do modlitwy myśląc, że to UPA i że zaraz nas wymordują. A to byli Rosjanie i znowu niewola. W maju 1945 roku wywieziono nas na zachód. Z mamą i siostrą przez dwa tygodnie jechałyśmy w odkrytych wagonach z Kostopola do Kwidzyna. Polacy bali się Ruskich i chowali zegarki. Pamiętam napis na dworcu w Bydgoszczy: „Bierzcie czasy i rowery, i wyjeżdżajcie, do cholery”. Relacja II [3]
O wydarzeniach tragicznej nocy z 25 na 26 maja 1943 roku mama opowiadając
wspominała, że tato się bał i mówił,
że zawsze ma siekierę pod drzwiami i zginie jak przyjdą, ale jednego „hada”
zabije. Kiedy zaprowadził mnie i siostrę Zosię na noc do obórki na stryszek,
gdzie było siano i gdzie przechowywał przez zimę rodzinę żydowską, wrócił
i powiedział, że będzie czuwał do północy. Marysia Żukowska, której córeczka
marudziła, zaproponowała, że ona będzie czuwać do północy. Tato nie
zgodził się i sam czuwał do godziny 12.30 w nocy, a następnie Marysia.
Wszyscy spali, kiedy nad ranem, może o 3.30
usłyszała, że coś się dzieje dookoła domu. Obudziła wszystkich, ale już
do drzwi walili siekierami i wybijali okna, cały dom był otoczony. Mama nie
mogła obudzić Julka, który wcześniej mówił o skrytce, gdzie nikt go nie
znajdzie. Kiedy Julek się obudził, bandyci byli już w domu. Straszyli, z
karabinami i siekierami za pasem. A tato już nie był człowiekiem, tylko
roztrzęsiona galaretą. Wszystkim kazano iść do pokoju. Tato prosił –
pójdziemy nadzy, wszystko bierzcie, tylko nie zabijajcie. My was nie zabijemy,
tylko zrobimy rewizję – odpowiedziano. Wszystko zaczęli wynosić.
Zabrali co się dało. Aż w pewnym momencie wpadł do mieszkania inny Ukrainiec
i wrzasnął: „ Dlaczego żyją,
wszystkich zabić!”. I padł rozkaz:
„ Łożys”. Módlmy się, powiedziała mama kładąc się przy
ojcu na podłodze. Słyszała jęki i ani na chwilę nie straciła świadomości.
Poczuła oblewające gorąco i pomyślała, co oni mi zrobili, może coś w środku
odbili, ale poruszyła językiem w ustach normalnie. Mama miała gruby, długi
warkocz. A ponadto wieczorem bolało ja gardło, więc szyję owinęła na noc
wełnianą chustką. Kiedy odeszli i
zapanowała cisza, mama pomyślała, że może te małe dzieci ocalały w
pierzynach. Wstała i upadłą. Pokotem leżało dziewięć osób we krwi i bez
życia. Ale co mi jest, pomyślała i dowlokła się czołgając, do kuchni i
napiła się wody. Następnie podeszła do drzwi sypialni, otworzyła je i na
progu upadła, jak zobaczyła, że poduszki i pierzyny zabrano, a dzieci (
Marysia, 4 lata i Jasio 2,5 roku) zamordowano siekierami. Tuż przed wojną tato
kupił maszynę do szycia, która stała w dużym pokoju pod oknem.
Po pewnym czasie bandyci wrócili, między
sobą mówiąc: „ Trzeba sprawdzić, może
ktoś żyje”, a drugi dodał: „
Po co, poodrąbywać głowy i spokojnie odjedziemy”. Mama pomyślała–
no to koniec. I wtedy kiedy nachylił się by rąbać, zobaczył maszynę do
szycia. Już na dworze robiła się szarówka, prawie dniało, jak się mówiło
na wschodzie, szybko wynieśli maszynę i odjechali.
Pierwsze słowa mamy były, kiedy zobaczyła
mnie i Zosię: „To wy żyjecie!”.
Warkocz miała odrąbany i chustę w strzępach.
Mama nawet pamiętała, kiedy rano
przylecieli z Grud sąsiedzi, i ich rozmowę: „Sewrukowa
żyje, ale Olesia Szczurowska już zmarła”. i przykryli jej
twarz. Muszę ją zobaczyć – powiedziała któraś z obecnych. Kiedy
odkryła twarz. mama na nią spojrzała. Wtedy szybko wóz, konie – i do
szpitala do Kostopola.
Ja widziałam, kiedy mamę znoszono z wozu
na noszach. Krew, strzępy warkocza i chustki oraz wiszące, odrąbane ciało
przy lewym ramieniu. Mama cały czas
była przytomna. Słyszała rozmowę lekarzy, którzy ją zszywali. Jeden pyta
drugiego: „ Czy ty szyłeś kiedyś
trupa?”. „Tak”,
padła odpowiedź. „ Ta kobieta ma
skórę twardą – to już trup”.
Kiedy teraz o tym wspominam to wiem, że
warkocz, chusta i maszyna do szycia uratowały mamie życie, i że człowiek w
chwili grozy nawet bólu nie czuje. Mama żyła do
1988 roku. Miała 83 lata, kiedy zmarła zabierając do grobu siedem blizn od
uderzenia siekierą.
Oprócz Polaków zamordowanych w Małym Siedliszczu, o czym napisałam wyżej
i czego byłam naocznym świadkiem wiem, że zostali zamordowani też inni
Polacy, w tym moi dalsi krewni we wsi Druchowa, gmina Ludwipol, powiat Kostopol.
Wieś Druchowa była położona około 17 km
na północ od Małego Siedliszcza i liczyła ponad 200 zagród. Mieszkała tam
siostra babci Teofili Szczurowskiej, Anna Płomińska z d. Wereda z rodziną: mężem,
dwoma synami, dwiema córkami ( Anielą i Genią) oraz synowa Ukraińką z
dzieckiem. Starszy syn Józef był żonaty z Ukraińką. Jak miał na imię młodszy
syn, nie pamiętam.
Któregoś dnia w maju 1943 roku babcia
Ania podała całej rodzinie kolację i poszła do obory doić krowy. Między
domem a oborą rosły konopie. Po pewnym czasie usłyszała, że w domu coś się
dzieje. Wskoczyła w konopie i zobaczyła, że synowa Ukrainka z dzieckiem na ręku
wychodzi z domu i ucieka. Po paru minutach
podjechał wóz drabiniasty i banda wynosiła z domu trupy zarąbanych
siekierami: męża, synów i córek. Wywieźli pod las i spalili trupy wraz z
wozem Wiem, że babcia Ania po wojnie mieszkała w Rawiczu. Przeżyła wszystko
i zmarła jako staruszka. Wówczas przez
Ukraińców zostali zamordowani: 1.
NN. Płomiński,
ojciec rodziny, mąż Ani 2.
Józef Płomiński,
starszy syn 3.
NN. Płomiński, młodszy
syn 4.
Aniela Płomińska,
córka 5.
Genia Płomińska,
córka. Na zakończenie krótka refleksja autorki relacji : Powoli to
pokolenie, tak strasznie doświadczone podczas ostatniej wojny, wymiera.
Historia zawsze coś tam skręci pod kątem ustroju, układu granic i niby
przebaczenia dla dobra następnych pokoleń. Ale
te rany i mordy, nawet w grobie powinny wykrzyczeć prawdę.
Nie mogę zrozumieć i nikt mnie nie
przekona, jak to jest możliwe, że w wolnej Polsce najwyższe władze państwowe
milczą na temat tragedii ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców na Polakach
na Kresach Wschodnich II RP w czasie drugiej wojny światowej. Zamordowano tam w
bestialski sposób kilkaset tysięcy naszych rodaków, w tym kobiety, dzieci i
starców za to tylko, że byli Polakami. Do dzisiaj zbrodnia ta nie została potępiona
przez Sejm III RP i zbrodniarze nie zostali ukarani. A wielu z nich jeszcze żyje.
Żeby dopełnić upokorzenia Polaków, mordercom z UPA stawia się na polskiej
ziemi pomniki! Czy to jest możliwe w innym kraju, poza Polską? Serce boli, gdy
o tym myślę!
Relacja Heleny Bieleckiej Byłam świadkiem
– mówi Zofia Ziemba z d. Kossakowska[4].
W 1939 r. miałam 4 lata. Pamiętam jak przez mgłę te tragiczne
wydarzenia, utrwalane w późniejszych latach przez opowiadania starszych krewnych
i znajomych. We wrześniu 1939 r. szli przez naszą wieś żołnierze polscy w
kierunku granicy rumuńskiej, dostawali na wsi, również od mojej mamy, mleko i
chleb. W lutym 1940 roku z sąsiedniej wsi Korzelice, powiat Przemyślany, w
bardzo mroźną noc, przyjechali sowieccy żołnierze i wywieźli na Sybir 12-15
polskich rodzin. Ruchomości pokradli sowieccy żołnierze. Pozostały po nich
puste domy. Organizatorem wywózki był Rosjanin, nazywał się Kupak. Kiedy w
1941 r. przyszli Niemcy, Kupak stał się Ukraińcem i ściśle z nimi współpracował.
Po ponownym wkroczeniu sowietów, tenże Kupak zajął się wywózką na Sybir
światlejszych i bogatszych Ukraińców,
aż do 1950 roku.
16 lutego 1944 roku, w środę rano byłam z moją mamą w
domu Wenców, widziałam cztery trupy pomordowanych, w domu leżały Maria, jej
synowa Katarzyna i wnuczek Stanisław, trzy pokolenia Wenców. Katarzyna Wenc była
przebita drewnianymi widłami, między nogami leżało nowonarodzone niemowlę.
Na ścianie nad łóżkiem była odbita zakrwawiona rączka małego Stasia. Z
opowiadań ludzi jak legenda krążyła wieść, że ślad ten był długo
widoczny mimo ustawicznego zdrapywania. W końcu polskie domy wybudowane z
kamienia zostały rozebrane, a kamień wykorzystano do budowy drogi. Miejscowe władze
ukraińskie nakazały pochowanie pomordowanych, grzebano bez trumien.
Moja mama Franciszka Kossakowska, miała
wtedy 36 lat, została zastrzelona pod krzyżem misyjnym, razem z nią zginęła
Zofia Kossakowska oraz inni mieszkańcy Firlejowa. Mordy pod krzyżem misyjnym
obserwowali ukryci na wieży kościelnej Józef, Kazimierz i Jan Wencowie. Gdy kilka dni później,
Niemcy w poszukiwaniu zwłok swojego oficera, kazali odkopać doły Ukraińcom,
znaleźliśmy zwłoki mojej mamy, była rozebrana z odzieży, tylko w koszuli,
pochowaliśmy ją w żłobie wyjętym z obory, ponieważ nie było czasu na
zrobienie trumny.
W latach 1944-45 większość miejscowych
Polaków opuściła swoją rodzinną wieś i wyjechała na zachód Polski. Mój
ojciec pozostał w Firlejowie. W Firlejowie pozostało więcej rodzin polskich,
szczególnie mieszanych. Ja po wojnie wyszłam za mąż za Józefa Ziembę. Wielu
banderowców było aresztowanych przez władze sowieckie i wywiezionych do łagrów.
Do końca 1960 roku, współżycie z miejscowymi Ukraińcami układało się
poprawnie. Polacy nie byli atakowani, dopiero po powrocie Ukraińców z więzień
i łagrów sowieckich zaczęły się szykany wobec nielicznych już Polaków. W
1968 r. wyjechałam z siedmioletnim
synkiem Jankiem w odwiedziny do Krosna na trzy tygodnie. W Firlejowie mówiliśmy
tylko po ukraińsku, tylko w domu modliliśmy się po polsku. Po powrocie do
Firlejowa zaczęły się szykany
ze strony Ukraińców, szykanowany był szkole nasz syn, począwszy od pierwszej
klasy. Żal nam było opuszczać rodzinną ziemię, mieliśmy murowany dom i własne
gospodarstwo. Tak było aż do 1975 roku, kiedy nasz syn w 8 klasie został
pobity przez kolegów i przez dyrektora szkoły Jana Barana oraz nauczycieli
Wasyla Łozińskiego i Andrzeja Kiczuła. Po powrocie do domu położył się do
łóżka, na drugi dzień rano wezwaliśmy lekarza i zawieźliśmy syna do
szpitala karetką pogotowia. Syn nasz był bezwładny, tylko po cichu modlił się
po polsku, po trzech dniach umarł. Sekcja zwłok
wykazała, że zgon nastąpił
w wyniku pobicia i uszkodzenia organów wewnętrznych. Kartę informacyjną z
wynikiem sekcji zwłok pokazaliśmy sąsiadom na pogrzebie, niestety nie powróciła
ona do naszych rąk, prawdopodobnie ostatnim, który miał ją w rękach był sołtys
wsi, brat nauczyciela Andrzeja Kiczuły. Wkrótce po pogrzebie podjęliśmy
decyzję opuszczenia Firlejowa. Przez dwa lata trwały starania, czyniono nam
wiele trudności, w końcu dano nam tydzień na załatwienie swoich spraw.
Sprzedaliśmy za bezcen swoje gospodarstwo i 14 stycznia 1977 r. wyjechaliśmy
na zachód. Byłam świadkiem – Maria Tyma z
domu Heleniak.[5]
6 kwietnia 1944 r. w Wielki Czwartek, do
naszego kościoła w Pyszówce przyjechał ksiądz Władysław Kokoszka z
Krakowa, w celu odprawienia mszy świętej i odbycia spowiedzi wielkanocnej.
Spowiadał bardzo długo, ponieważ było dużo ludzi, we wsi była napięta
atmosfera wynikająca z grożącego niebezpieczeństwa ze strony Ukraińców, którzy
w tym czasie dokonali szeregu napadów i mordów w okolicy. Tego dnia, jakiś
znajomy Ukrainiec powiadomił Józefa Heleniaka o przygotowywanym napadzie na
naszą wieś. Nasi rodzice, pomni ostrzeżenia, całą naszą trójkę rodzeństwa
(mnie Marię wówczas 12-letnią i braci Franka 9 lat, Janka 8 lat, i Stasia 2
lata) ułożyli do snu w murowanej komorze. Zamknęłam dobrze drzwi i zasnęliśmy.
Obudziły nas strzały i błyski ognia. Po krótkiej chwili usłyszeliśmy
krzyki i łomotanie do drzwi naszej komory. Siedzieliśmy cicho, skuleni i
przytuleni do siebie. Potem nastąpiła cisza. Za chwilę poczuliśmy ostry swąd
dymu, który wciskał się do naszej komory. Sytuacja stawała się coraz groźniejsza,
dym gryzł nas w oczy i dusił, nie mogliśmy już wytrzymać. Z trudem otworzyłam
drzwi. Wyskoczyliśmy z zadymionej komory na podwórze. Stodoła już runęła i
dopalała się. Nasz budynek z komorą, murowany, był cały w ogniu. Wokół
nie było nikogo. Stałam bezradna z gromadką dzieci nie wiedząc co mam robić.
Postanowiłam pójść do naszego sąsiada Ukraińca do Mielnik, nazywał się
Iwan Hradowy. Wzięłam na ręce najmłodszego Stasia i boso w koszulach poszliśmy
tam przez pola. U niego jakaś kobieta dała nam zupy, ale bałam się, że może
być zatruta. Kiedy było już jasno, do domu wrócił Hradowy. Powiedział mi:
„Twoja mama już nie żyje”. Wróciliśmy
na nasze podwórze, sufit naszej komory po pożarze zawalił się, od kilku
godzin czekał na nas ojciec. Byłem świadkiem – Gracjan Adamowicz.[6]
Widziałem jak banderowcy wpadli na podwórko sąsiada Stanisława Korda.
Kiedy zobaczyli jego kazali mu położyć się na ziemi. On jednak schował się
do domu , a do nich wyszła jego żona Anastazja z dwuletnią córką na ręku.
Jeden z banderowców strzelił do niej z karabinu, poczym ona upadła, a dziecko
poderwało się z ziemi i zaczęło uciekać w stronę starszego rodzeństwa,
banderowcy zastrzelili starsze
dzieci, a dwuletniej Genowefie poderżnęli nożem gardło. Ich ojciec przez
strych i dziurę w dachu uciekł w zarośla i niezauważony
przez napastników, ocalał. Banderowcy
spalili zabudowania i sądzili, że nikt się nie uratował. Po uporaniu się z
sąsiadem banderowcy otoczyli nasz dom. Ojciec zaryglował drzwi. Ja wyskoczyłem
przez okno i przez grządki doczołgałem się do płotu, potem przelazłem
przez płot aby ukryć się w gęstym łubinie na polu sąsiada Ukraińca. Zauważył
mnie jeden z banderowców i z bliska strzelił do mnie, jednak chybił. Dalsze
strzały też nie były celne, cudem udało mi się uciec. Podobnie uratowała
się moja starsza siostra. Ojciec i brat również uciekali z domu, brat został
zastrzelony około 150 metrów od domu, a już ponad pół kilometra banderowiec
na koniu dogonił ojca i zamordował go. Mama stała w sieni z małym dzieckiem
na ręku. Banderowcy strzelali przez zamknięte drzwi, jedna z kul trafiła
dziecko w pierś i mamę w rękę. Mama wyskoczyła przez okno, położyła
martwe dziecko na ziemi i wczołgała się
w krzaki róży obok domu. Banderowcy po wyłamaniu drzwi, splądrowali
mieszkanie i podpalili zabudowania. Gdy dach się zawalił, zgliszcza opadły aż
do róży, tak że mama została dotkliwie poparzona. Korzystając z osłony
dymu przeczołgała się do dalszych zarośli, a w nocy przedostała się do
Starej Huty. Tak dopełniła się tragedia naszej rodziny. Zginął ojciec, 10
-letni brat Eugeniusz, dziadek Franciszek i mała siostrzyczka, ocalała mama,
starsza siostra i ja.
Byłem świadkiem
– Antoni Jarzycki, s. Adolfa [7]
W nocy z 12/13 lutego 1945 r. czuwaliśmy w rodzinie jak zawsze na zmianę. Było nas pięcioro: mama
lat 40, siostra Emilia, lat 15, ja Antoni lat 14, bracia: Stasio lat 8 i Rudolf,
lat 7. Nasz ojciec został powołany na wojnę w 1939 roku, z której nie powrócił.
Tej nocy od godziny 24, czuwała mama i około
1-szej, krzyknęła do nas „dzieci wstawajcie ! pali się!”
Szybko pomogła nam rozespanym, ubrać się i siostrę Emilię z dwoma małymi
braćmi odesłała do schronu u sąsiada Władysława Jarzyckiego, który mieścił
się w stajni murowanej z kamienia pod murowanym domem mieszkalnym. Ja zaś
pobiegłem do naszej stajni, aby wypuścić zgromadzone tam bydło, a było go
tam sporo bo przyprowadzili je do nas mieszkańcy z odległych od centrum zagród.
Kiedy wypędzałem bydło, zauważyłem jak banderowiec podpalał dom u sąsiada
Tomasza Dancewicza. Ten mnie również
zauważył i zaczął się zbliżyć do naszej zagrody W tym czasie mama wynosiła
z domu odzież i żywność. Na mój znak o niebezpieczeństwie, mama uciekła i
gdzieś się ukryła. Ja natomiast nie zdążyłem już ukryć się w schronie u
sąsiada Wł. Jarzyckiego, wtedy pobiegłem dalej do wsi do schronu Jędrzeja Łaciny.
Tam mnie przyjęto. W schronie było wiele osób, m.in. Kajetan, syn Jędrzeja
Łaciny z bratem Józefem, Antonina Federowicz i inni. Natomiast w domu
mieszkalnym krytym dachówką ukryło się wielu sąsiadów. Sam Jędrzej Łacina,
lat 55, z sąsiadem Henrykiem Fedorowiczem uwijali się wokół budynków
strzelając do napastników, powstrzymywali ich w ten sposób do podejścia do
zagrody. W czasie walki H. Federowicz otrzymał postrzał prosto w usta. Zginął
na miejscu. Jędrzej Łacina po wystrzeleniu wszystkiej amunicji schronił się
w domu mieszkalnym, wtedy banderowcy podpalili jego zabudowania gospodarcze.
Schron, przykryty obornikiem zaczął się palić od ognia budynków
gospodarczych. Gryzący dym zmusił wszystkich do opuszczenia schronu. Część
ludzi ukryła się w domu mieszkalnym a część zaczęła uciekać. Wśród
nich byłem ja i Kajetan Łacina. Schroniliśmy się do sadu, skąd zamierzaliśmy
uciekać dalej w pole. Podczas ucieczki zauważyliśmy jak na jednym podwórzu
banderowcy kogoś biją okładając drągiem lub siekierą. Jak się później
okazało ofiarą tego bicia był Józef Kosiński „Jutka”, którego
zwłoki odnaleziono w tym miejscu. W tej sytuacji zawróciliśmy i pobiegliśmy
do domu Jędrzeja Łaciny. Na
dworze było jasno jak w dzień od płonących zabudowań. Kiedy zastukaliśmy
do drzwi domu J. Łaciny, ten myślał, że to już banderowcy dobijają się do
jego domu. Pozostał mu tylko jeden pocisk w karabinie, który trzymał już
tylko „ dla siebie”. Po chwili poznał nas i wpuścił do środka. W
mieszkaniu było kilkanaście osób, w tym kilku mężczyzn bardzo odważnych
ale bezsilnych, bo pozbawionych amunicji do swoich karabinów. Wszystkich nas ogarniał
strach, bezsilny gniew i bezradność wobec uzbrojonych morderców. Pozostała
nam tylko modlitwa do Boga. Na szczęście nad ranem banderowcy wycofali się ze
wsi. Moja mama ocalała, uratowała się od niechybnej śmierci ukryta w śniegu
w głębokim dole po okopach. Przez dłuższy czas chodziła po pogorzeliskach i
szukała nas, swoje dzieci. Odnalazła je żywe w schronie u Wł. Jarzyckiego i
mnie w budynku J. Łaciny. Byłem cały zmarznięty i do tego bez butów, które
zgubiłem w śniegu podczas ucieczki. Cała wieś była jednym pogorzeliskiem.
Niewiele budynków ocalało. Ludzie żyli pod ciągłym strachem i obawą, że
banderowcy ponownie powrócą. W południe wpadł pododdział milicji sowieckiej
w „pogoni za bandą UPA”. Niestety był to tylko demonstracyjny
kamuflaż, ponieważ pododdział nie poszedł wcale w tym kierunku, który mu
wskazywali puźniczanie. Przez kilka dni siedzieliśmy w schronie u Wł.
Jarzyckiego, a następnie przenieśliśmy się na plebanię. W sytuacji
niezwykle trudnych warunków do życia udaliśmy się do miasteczka Koropiec, a
że i tam nie było żadnych szans na otrzymanie mieszkania, poszliśmy do
Buchacza. Po kilku miesiącach załadowano nas na transport kolejowy i
przywieziono do Polski na Ziemie
Zachodnie w rejon byłego powiatu Prudnik do wsi Niemysłowice. Byłam świadkiem
– Józefa Pacholik z d. Szafrańska.[8] Tej
tragicznej nocy z 12/13 lutego 1945 r. w naszym domu mieszkało 9 osób: ojciec
Mikołaj, lat 50, mama Eleonora i nas trzy siostry: Maria, lat 21, Władysława,
lat 19 i ja najmłodsza lat 16 oraz ciocia, siostra ojca Anna Jasińska, lat 35
z córką Marią, lat 5 oraz synami: Dominikiem, lat 7 i Broniem, lat 3.
Tego dnia we wsi była grupa żołnierzy sowieckich, która zapewniała,
że możemy spokojnie spać, jak się później okazało byli to przebrani
banderowcy. We wsi jednak czuwano, u nas w domu wszyscy spali w ubraniach. Mężczyźni
pełnili wartę. W pewnej chwili do mieszkania wpadł nasz ojciec, który był
wtedy na warcie i krzyknął : „mordują”. We wsi paliło się
już wiele domów.
Nasz dom i gospodarstwo znajdowało się w centrum wsi tuż nad głęboki
rowem ściekowym szerokości około 4 metrów i głębokości od 2-3 metrów,
nazywam później „rowem śmierci”, ponieważ tu zginęło najwięcej
ludzi.
Wszyscy wybiegliśmy z domu i ukryliśmy się w tym rowie. W jego
brzegach były wykopane liczne wnęki. Do jednej z nich schowaliśmy się razem
z mama Eleonorą. Mama zasłoniła nas biała płachtą. Z pod zasłony widziałam
jak nadeszli banderowcy. Jeden z nich krzyknął „strelaj” drugi
odpowiedział po ukraińsku „koły ne maju pul”. Ten pierwszy
wrzasnął to „ rubaj sekerą”. I zaczęło się. Widziałam jak
postacie ubrane w białe okrycia, zeszły do rowu. Nastąpił straszliwy krzyk,
prośby o darowanie życia. Napastnicy nie znali
litości,
rąbali siekierami i kłuli bagnetami. Jeden z nich stał na brzegu rowu i gdy
ktoś próbował uciekać to strzelał do niego.
Wokół paliły się budynki, jedynie dom Józefa Borkowskiego stał nie
naruszony, był murowany i kryty dachówką. Po pewnym czasie trudnym mi do określenia
w godzinach, strzelanina ucichła, słyszałam tylko różne gwizdy i hasła
„Kałyna wertoj”. Po czym nastąpiła cisza, słychać było
tylko trzask palących się budynków, jęki rannych i umierających ludzi.
Banderowcy odstąpili. Po nich zostały dopalające się budynki, ludzkie trupy
i ranni. Nasz
ojciec został zastrzelony, siostra Maria miała siekierą rozrąbaną głowę,
siostrze Władysławie odrąbano jedną nogę, przebito nożem obie ręce i
klatkę piersiową, jeszcze żyła, prosiła wody, nad ranem zmarła z upływu
krwi. Pod jej plecami leżał cioci syn Dominik, ocalał i żyje do dziś.
Ciocia Anna Jasińska z córeczką Marią, lat 5 i synkiem Bronisławem lat 3
zostali zakłuci bagnetami. Z dziewięciu osób z naszego domu pozostało nas
tylko troje, sześć zostało zamordowanych.
Pamiętam ten straszliwy widok, palące się budynki, swąd i ryk palącego
się bydła, krzyki, płacz, szukanie swoich rodzin i strach przed nowym
napadem. Rano widziałem Magdalenę Koliszczak, była ciężko ranna w głowę,
konała, ale pytała z nadzieją czy moje dziecko żyje? Niestety ! Jej syn Jaś
już nie żył.
Rozpoczęliśmy z mamą poszukiwania za naszą krową, ale ja zabrali
banderowcy. Przez kilka dni byliśmy z mamą u Borkowskich, których dom ocalał.
Sam gospodarz Józef zginął. Straciliśmy wszystko. Obawa przed kolejnym
napadem skłoniła nas z mamą do opuszczenia rodzinnej wsi. Udaliśmy się do
Buchacza, zabierając cały swój dobytek na plecach, trochę odzieży i ze dwa
wiadra ziemniaków. W Buczaczu zajęliśmy stary zniszczony dom pożydowski i
tam dotrwaliśmy do czerwca 1945 r. 10 czerwca 1945 r. transportem odjechaliśmy
do Polski na Ziemie Odzyskane do Niemysłowic. Był to dla nas z mamą bardzo
trudny i ciężki czas.
Ja z moją rodziną uratowaliśmy się z tego pogromu. Kiedy zauważyliśmy,
że banderowcy podpalają wszystkie budynki, wyszliśmy z kryjówki pod stodołą
i ukryliśmy się w stosie belek drzewa przygotowanego na budowę domu. Belki były
o różnej długości i między nimi było wolne miejsce. Wszyscy powłazili w
te luki belkowe i to nas chroniło. Nie byliśmy widoczni a banderowcy nie
przypuszczali, że tam tak blisko palących się budynków może się ktoś
ukrywać.
Pamiętam, że był wtedy silny mróz i dużo śniegu, który stajał od
żaru ognia palących się budynków. Byliśmy wtedy z mamą, ja licząca 15
lat, średni brat, lat 10 i najmłodsza siostra lat 4.
Tej nocy wszystko się spaliło, budynki, konie, krowy, świnie i kury.
Pozostaliśmy tylko z tym co mieliśmy na sobie. Po przeżyciu tej
straszliwej nocy marzyłam tylko o jednym o bezpiecznym miejscu, gdzie można
zachować życie.
O świcie banderowcy odeszli, pozostawiając po sobie zgliszcza i trupy.
My natomiast z innymi ocalałymi mieszkańcami skierowaliśmy się na drogę do
Kopyczyniec. Po drodze przez wieś widziałam wiele trupów, m.in. Szczepana
Gumiennego, Annę Dutkę, kilka osób z rodziny Mielników, Michałowi
Grzecznemu oprawcy wycieli na piersi orła, musiał konać w męczarniach. Z
mojej bliższej rodziny zginęli Antonina Puk, Eliasz Puk i ich troje dzieci.
Spalili się żywcem w jamie wykopanej pod stodołą. Z opowiadań babci i
dziadka, Anny i Tadeusza Świderskich wiem, że ich dom podpalił Michał
Hawryluk ze wsi Oreszkowce, banderowiec, który rok wcześniej był ich bliskim
sąsiadem i żyli bardzo zgodnie ze sobą.
Po dostaniu się do Kopyczyniec zamieszkaliśmy u życzliwych ludzi,
którzy pomogli nam przetrwać trudny czas i jednym z pierwszych transportów
odjechaliśmy na Zachód do Polski. Byłem świadkiem – Dionizy
Polański.[9]
W historii mojej wsi Majdan i moim osobistym życiorysie noc 12
marca 1944 r. zapisała nowy rozdział. Miałem wtedy 14 lat. Grupa
uzbrojonych banderowców dokonała pacyfikacji polskich zagród połączonej z
ich paleniem i mordowaniem polskich mieszkańców.
Część z nich w maskujących ubiorach ( okryta białymi prześcieradłami)
otoczyła wieś i polowała na uciekających ze wsi, strzelając do nich często
przy użyciu kul Dum-DUM ( rozrywające się przy wylocie z ciała). Druga grupa
szła tyralierą wyłapując napotkanych mieszkańców i mordując ich, trzecia
grupa rabowała dobytek i podpalała wybrane budynki. Cała akcja trwała od
godziny 21 do 5 rano.
W sytuacji pożarów i ostrzału z broni maszynowej większość wpadała
a panikę. Właściwie nie miała
wyboru, albo decydować się na ucieczkę, albo szukać kryjówki w budynkach,
co groziło spaleniem.
Podczas tego napadu – wielu traciło orientację a uczucie strachu
paraliżowało wszelkie ruchy. Nie wszyscy zdążyli powypędzać
konie i bydło z obór i chlewów. Wiele żywego inwentarza uległo
spaleniu.
W tej sytuacji w naszej rodzinie powstało
również zamieszanie. Babcia gdzieś się oddaliła. Do naszego domu
przybiegła Marta Bandura lat 38, będąca w ciąży. To też zadecydowało, że
zrezygnowaliśmy z ucieczki i postanowiliśmy się schronić w obrębie naszych
zabudowań. Ja wpadłem do stajni, była ona kryta dachówką, a więc dawała
pewne gwarancje, że nie ulegnie szybkiemu podpaleniu. Wypędziłem ze stajni
krowę, ale sam nie mogłem się zdecydować gdzie ukryć się. Mama dała mi
pierzynę, byłem ciepło ubrany i kazała ukryć się w jamie po ziemniakach.
Otwór przywaliła dużym klocem drzewa. Sama
natomiast z Martą Bandurą ukryły się w stodole i przez szpary w deskach
obserwowały co się dzieje na dworze. Nasza stodoła była również pokryta
dachówką.
W pewnej chwili usłyszałem i poczułem jak ktoś wszedł na jamę gdzie
byłem ukryty i strzelił. Po pewnej chwili poczułem silny swąd dymu, który
wciskał się do jamy, to paliła się słoma, którą zatkany był otwór do
jamy.
Następnie poczułem silny żar ognia. Spojrzałem przez otwór. To palił
się nasz dom kryty słomą. Strach sparaliżował moje ruchy, siedziałem
ukryty w kącie jamy i słyszałem kroki przechodzących obok drogą
banderowców. Bałem się bardzo, aby nie wrzucono do mnie jakiegoś granatu. Od
drogi było zaledwie 4 metry. Tak przetrwałem do świtu.
Budynki już się dopaliły. W pewnym momencie usłyszałem głos mamy i
jej nawoływania. Była przekonana, że już nie żyję. Wtedy odezwałem się
dając znak, że jestem w jamie. Nogi mi zupełnie skostniały tak, że ledwo z
trudem wylazłem. Mama bardzo się ucieszyła. Po odejściu banderowców mama
próbowała jeszcze ratować dobytek z palącego się domu. Udało się jej
nawet wyciagnąć ze zgliszcz nieuszkodzona maszynę do szycia „Singer”.
Zacząłem się rozglądać wokół, w sadzie zauważyłem zwłoki naszej
sąsiadki Anny Dutki, lat 35, została zastrzelona podczas ucieczki i leżała z
workiem rzeczy osobistych. Wkrótce pojawiła się moja babcia i opowiedziała o
swoich przeżyciach. Zamierzała dostać
się do kościoła, ale w sadach wokół byli już banderowcy i strzelali do
wszystkich kto szedł w stronę kościoła. W tej sytuacji ukryła się w najbliższej
kupie chrustu i tak przetrwała do rana.
Po wysłuchaniu relacji babci postanowiliśmy udać się do mieszkań
naszych krewnych. Najpierw wstąpiliśmy do domu wujka Michała Krzywego.
Zastaliśmy go rannego leżącego na bambetlu. Otrzymał trzy postrzały, bardzo
krwawił, był w agonii. Przy nim modliła się siostra zakonna, która
stwierdziła, że wujek jest umierający. Bardzo cierpiał po 20 godzinach zmarł.
Jego żona i dzieci ocalały.
Następnie udaliśmy się do wujka Mikołaja Krzywego. Nie zastaliśmy
tam nikogo. Później dowiedzieliśmy się, że wujek z rodzina zbiegł do lasu,
następnie do Jabłonowa, a potem do Kopyczyniec.
Po drodze wstąpił do Jabłonowa, do niemieckiej Komendatury Wojskowej i
tam złożył informację o napadzie banderowców na wieś Majdan. Tłumaczem
był Ukrainiec, który przetłumaczył odwrotnie, że to Polacy napadli na Ukraińców
i tam jest ruska partyzantka.
Niemiec podejrzliwie popatrzył na wujka i powiedział by to zgłosił
w Kopyczyńcach. Tak więc o żadnej pomocy z ich strony nie mogło być mowy.
Po tym napadzie, wszyscy mieszkańcy wsi Polacy schronili się w Kopyczyńcach.
W jakiś czas później wkroczyły wojska sowieckie i front przesunął się aż
za Czortków. Mieszkańcy – uciekinierzy zaczęli powracać do swojej wsi.
Liczono, że Rosjanie nie pozwolą banderowcom bezkarnie mordować polskiej
ludności.
Większość mężczyzn Polaków powołano do wojska, natomiast Ukraińcy
uchylali się od poboru i uciekali do lasów, zasilając
podziemne bandy UPA. Zagrożenie nie tylko, że nie zmalało ale znacznie
wzrosło, ponieważ polska wieś została całkowicie bezbronna. Pozostało
trochę nieletniej młodzieży od 12 do 17 lat. Organizację samoobrony we wsi
podjął Tadeusz Świderski. On to przechwycił banderowskiego łącznika, od
którego uzyskał informacji, że na wieś Majdan, banderowcy planują napad w
nocy 24/25 grudnia 1944 r. podczas pasterki. Zamierzono wysadzić kościół i
wymordować polską ludność. Uzyskano też informacje, że
baza przygotowania tego napadu miała być ukraińska rodzina Dolibów
mieszkająca w Majdanie na Łyczakowej. Doliba
był diakiem w miejscowej cerkwi, a jego syn głównym prowodyrem i
organizatorem planowanego napadu.
Ta informację przekazano władzom sowieckim, które dokonały rewizji i
przesłuchały obu Ukraińców oraz ich zastrzeliły. Ten fakt prawdopodobnie
opóźnił akcje pogromu polskiej wsi na planowany dzień. Nie zapobiegł jednak
drugiemu napadowi dokonanemu 26 stycznia 1945 r. Wokół śmierci Dolibów,
banderowcy rozpętali szeroka nagonkę wobec Polaków i gróźb pod adresem wsi
Majdan. Banderowcy wyznaczyli wysoka nagrodę za schwytanie Tadeusza Świderskiego.
Ten nie mogąc liczyć na poparcie władz sowieckich, zmuszony został wraz z
rodziną do ucieczki aż w rejon Rzeszowa. W praktyce organizacja samoobrony
została zaniechana i wieś była jej pozbawiona. Stąd też drugi napad
banderowców, zastał mieszkańców całkowicie nie przygotowanych do obrony i
nie posiadających broni.
Podjęto we wsi pewne środki ostrożności i przyjęto
zasadę, że w razie napadu wszyscy mają się schronić do kościoła.
Uważano to miejsce za święte i w swej naiwności, ludzie jak i ksiądz sądzili,
że banderowcy nie odważą się dokonać mordu w samym kościele.
26 stycznia 1945 roku nastąpiła druga zmasowana pacyfikacja dokonana
przez bandy UPA, rzekomo jako odwet za zabicie Dolibów. Wiem, że to nie miało
żadnego znaczenia, gdyby nawet nie było spraw Dolibów to i tak napad byłby
przeprowadzony. Tym razem napad był przygotowany z dużą dokładnością i użyciem
znacznie większych sił niż podczas 1-go napadu. Wieś została szczelnie okrążona.
I zgodnie z przyjętym zwyczajem banderowcy rozpoczęli najpierw grabież mienia
mieszkańców, następnie podpalanie budynków i mordowanie. Pewna
ilość mieszkańców zdążyła się schronić w kościele i ci zabarykadowali
główne wejście, część pozostała w nawie kościoła a część ukryła się
na trudno dostępnym chórze.
Część banderowców okrążyła kościół i wszystkich tych, którzy
zamierzali się tam dostać zabijali ogniem z karabinów. Część natomiast
penetrowała zagrody , paliła je i wszystkich napotkanych zabujała. Ci co
próbowali uciekać ze wsi do lasu, byli rażeni ogniem na polach poza obrębem
wsi.
Banderowcy dostali się do kościoła po przez najsłabszy punkt jakim były
drzwi zakrystii. Wysadzili je granatem i weszli do środka do kościoła.
Jednocześnie zaczęli ostrzeliwać pomieszczenia chóru, do których było
trudne dojście. Na chórze znajdowała się dość liczna grupa Polaków z ks.
Wojciechem Rogowskim.
Banderowcy nanieśli do kościoła kilka wiązek słomy z zamiarem
podpalenia ławek i ołtarzy. Wtedy z chóru odezwała się bratowa księdza
Rogowskiego, że jest Ukraińką i by pozwolili jej zejść i opuścić chór.
Banderowcy zarządzili otwarcie drzwi
do chóru, ale nikt tego nie chciał uczynić. Prawdopodobnie został
zagubiony klucz. Kazali więc skakać z chóru na posadzkę. Po pewnym czasie
banderowcy wyłamali drzwi i kazali wszystkim zejść na plac przed kościołem.
Wszystkich którzy zeszli zabijano. Kilka osób z miejscowej samoobrony schroniło
się na poddaszu kościoła, posiadali karabiny ale nie mieli możliwości
strzelać. Tam jednak banderowcy w obawie o życie nie poszli i zostawili
poddasze kościoła w spokoju.
Następnie przystąpili do wypędzania ludzi z kościoła, tych co nie
chcieli wyjść rąbano siekierami w ławkach. Po wyprowadzeniu wszystkich z kościoła,
banderowcy rozpoczęli poszukiwania
wewnątrz w ołtarzach, konfesjonałach. Odkryli tam kilka osób i zabrali ich.
Część osób zabrano do plebani, gdzie bito i torturowano a potem po kilka
osób wyprowadzano na plac przed kościołem i mordowano.
Druga grupa banderowców na dworze obok plebanii przy studni obok
ogrodzenia rozpoczęła mordowanie przy użyciu siekier. Jednym z pierwszych,
którzy zginęli pod ciosem siekiery był Czesław lat 12, bratanek księdza.
Matka widząc śmierć swego syna, dostała histerii i zaczęła wyzywać
banderowców od bandytów, za co otrzymała od banderowca cios siekierą. Wychodząca
z kościoła grupa mieszkańców gdy zobaczyła co się dzieje, zaczęła uciekać
w kierunku stawów za stodołą plebanii. W grupie tej był ksiądz W. Rogowski
z drugim bratankiem Stefanem lat 8, i Stanisława Gumienna. Grupie tej udało się
zbiec za stodołę, ale drogę im zastąpił inny banderowiec, który pociągnął
serię z automatu, zabijając chłopca, ciężko raniąc kobietę i księdza,
który w wyniku odniesionych ran zmarł po kilku godzinach.
Z tej grupy udało się zbiec tylko kilka osobom. Z relacji świadków
wynika, że w mordowaniu brała udział grupa ukraińskich dziewcząt i kobiet
przebrana w męskie stroje. Z szacunkowych danych wynika, że w kościele i w
jego rejonie zginęło 118 osób, i 58 zostało zamordowanych wewnątrz wsi, w
spalonych budynkach i zastrzelonych na polach podczas ucieczki. Ogółem zginęło
178 osób. Byłem świadkiem – Tomasz Trusiuk.[10] Niedzielny ranek 29 sierpnia 1943 r. wstał gorący
i duszny. W południe mieszkańcy Równa, Opalina, Ostrówek, Woli
Ostrowieckiej, Jankowców, Nowego Jagodzina i szeregu innych mniejszych wiosek
przybyli gromadnie na sumę do kościoła parafialnego w Ostrówkach. Mszę św.
uroczyście odprawił ksiądz proboszcz Stanisław Dobrzański. Kazanie, które
wygłosił z trwogą w głosie, było przerażające i paraliżowało nasze myśli. Nie
ukrywając niczego, zalecał ostrożność i sugerował, by w miarę możliwości
kobiety, dzieci i starcy opuścili wsie, gdyż, jak doniósł miejscowy wywiad i
przyjaźni sąsiedzi, Ukraińcy zorganizowali dużą koncentrację sił we
wsiach leżących na północ i północny wschód od polskich osad. Gdy
informował o tym, to jednocześnie powiedział, że
organizatorami i przywódcami koncentracji są oddziały UPA, dowodzone
przez byłych policjantów ukraińskich, którzy uciekali do lasu, a pochodzili
głównie z Zapola, Huszczy, Połap i Sokoła.
Po Mszy św. rozbiegli się gońcy po sąsiednich wioskach niosąc ostrzeżenie
i przynosząc dodatkowe wieści. Potwierdziły się doniesienia o koncentracji
sił ukraińskich. Dotarły do nas zalecenia, by zachować spokój i unikać
prowokowania Ukraińców, dzięki którym zostaliśmy
uwolnieni od kontyngentów, danin, podatków i wywózki młodzieży na
przymusowe roboty do Rzeszy. Opinie na temat zaistniałej sytuacji były
podzielone. Część ludzi była za opuszczeniem wioski, inni namawiali do
pozostania na miejscu. Ostatecznie postanowiono, że zostaniemy na noc we wsi, a
dla bezpieczeństwa zostaną wystawione warty.
W nocy z 29 na 30 sierpnia 1943r. od strony Ostrówek długo strzelała w
niebo łuna pożaru. Domyślaliśmy się, że gdzieś za Zapolem płoną
zabudowania. Nie
było słychać strzałów ani tez innych odgłosów świadczących o walce.
Byliśmy przyzwyczajeni do nocnych pożarów, które od marca 1943 r. wybuchały
tu i ówdzie. Nic też dziwnego, że późno po północy wszyscy ściągnięci
z opłotków i pobliskich kolonii warty – poszli spać.
Ze snu zostaliśmy obudzeni salwami strzałów, niosących się od strony
zarośli i pobliskich lasów: Kokorawca, Byrek, Brzeziny, Obelnika. Poranna poświata,
seria wystrzałów, przecinające się w powietrzu smugi pocisków i świadomość
zaniedbania własnego bezpieczeństwa
paraliżowały ruchy. Wszyscy wybiegli z mieszkań, starając się szukać
schronienia. W myślach kłębiły się różne pomysły, a serce zdawało
się wołać: „ Pagórki przykryjcie nas”.
Pierścień okrążenia złożony z setek Ukraińców zaciskał się
coraz szczelniej. Nikt nie był w stanie wydostać się poza obręb własnych opłotków,
nie mówiąc już o ucieczce ze wsi.
Najeźdźcy szli pieszo, jechali konno i zapędzali wszystkich na
zebranie do szkoły. Przygnano z Brzezin ( oddalonych od Ostrówek ponad
kilometr) rodzinę Stefana Jurczaka, właściciela kolejnej cegielni. Jadący na
koniu Ukrainiec doprowadził do Ostrówek dziesięć osób, w tym ośmioro małych
dzieci. Podobnie było też w Woli Ostrowieckiej.
W Ostrówkach wszystkich mężczyzn spędzono do szkoły, a kobiety i
dzieci do kościoła. Wśród nich były kobiety i dzieci z Woli Ostrowieckiej,
które noc z 29 na 30 sierpnia 1943 r. ze względów bezpieczeństwa pędziły u
rodzin w Ostrówkach.
Miałem wówczas 14 lat z matką i ojcem zostałem zapędzony do szkoły
w Ostrówkach. Małe pomieszczenia szkolne nie mogły pomieścić kilkuset
osób, dlatego tez Ukraińcy rozkazali nam kłaść się na boisku szkolnym,
którego obszar zamykał się w prostokącie o bokach 30x40 metrów. Po
krótkiej chwili zmieniono rozkaz i zarządzono, by kobiety i dzieci udały się
do kościoła, a mężczyźni do szkoły. Po wydaniu tego rozkazu, szosa od
strony Lubomla wszedł do wsi duży oddział UPA. Gdy dotarł w pobliże szkoły,
wyszedł mu na spotkanie oficer. Ukrainiec był niskiego wzrostu, krępej budowy
ciała, ubrany w niebieski mundur, w czapce okrągłej oblamowanej srebrnym
kordonkiem, z pistoletem u boku i w skórzanych rękawiczkach. Był to Maśluk,
były policjant w służbie niemieckiej, pochodzący z Połap lub Wilczego
Przewozu. Obok niego w stronę kolumny podążało kilku innych Ukraińców
ubranych podobnie. Po chwili padł rozkaz: „Pulemetczyki ta
bombemtczyki stanowyś !” Wojsko
stanęło posłusznie. Następnie wydano komendę do zajęcia stanowisk wokół
szkoły i kościoła. Gdy to uczynili, do wejścia na plac szkolny zbliżył się
najstarszy szarżą ukraiński
oficer. Stanął przed szkolnym gankiem i z imienia oraz nazwiska zaczął wywoływać
Polaków. Gdy wyszli zażądał: „ Lachy, widdajte zołoto !” W
odpowiedzi usłyszał: „ jesteśmy biednymi mieszkańcami wsi i złota nie
mamy”. Padło następne żądanie: „ Widdajte zroju, jaku majete
w waszych chatach i sarajach !”.
Odpowiedź była podobna. Zdenerwowany Ukrainiec krzyknął: „ Widdajte
wse i hodynnyki, a to wseh wybierno !”. Po tych słowach
z gardeł około stu pięćdziesięciu osób zgromadzonych w szkole
wydobył się płacz i pieśń: „ Kto się w opiekę odda Panu Swemu...”.
Oprawcy rozkazali zamknąć okiennice, a następnie do wnętrza
weszli uzbrojeni Ukraińcy i zaczęli
wyprowadzać po kilka osób ( od czterech do ośmiu w grupie). Zabranych
ze szkoły mężczyzn prowadzili przed sobą, bijąc ich, gdy w szkole zostało
zaledwie kilku, oprawcy weszli do środka i strzelili w ich kierunku. Wśród
nich byli: Stefan Trusiuk, Wacław Gryc ( lat 14) i Ulewicz. Jednym z pocisków
został ugodzony Wacek. Stefan z płaczem w głosie zawołał do Ulewicza:
„ Dajmy mu wody !” Usłyszał to stojący w pobliżu
Ukrainiec, który krzyknął” „Ne treba, bude pyty swoju krow
!” Wywlekli
następnie tę trójkę na zewnątrz i za progiem szkoły zabili Wacka, a
pozostałych popędzili w stronę zbiorowej mogiły u Ilków. Tam też ich
zabili.
Gdy szkołę opuściła ostatnia grupa mieszkańców Ostrówek, do wnętrza
wbiegli inni oprawcy i zaczęli plądrować pomieszczenia zajmowane przez
kierowniczkę szkoły Marię Blat z rodziną. Inny zaś Ukrainiec wspiął się
po drabinie, stojącej przy ścianie korytarza, po której wcześniej wszedłem
na strych, gdzie ukryłem się i zawołał donośnym głosem : „ Je tam
kto, wychod, a to szkołu spałym”. Ukraińcy zrealizowaliby swój zamiar,
ale przeszkodzili im w tym Niemcy, którzy kolumną jechali od strony Huszczy do
Ostrówek. Widząc ich, bandyci zarządzili odwrót. Ucieczkę przyspieszył
niemiecki ostrzał. Ukraińcy nie zdążyli wymordować kobiet i dzieci
zgromadzonych w kościele. Wyprowadzili zebranych ludzi i popędzili poza
cmentarzem parafialnym w kierunku ukraińskiej wsi Sokół, gdzie ich
zamordowali.
Po ucieczce Ukraińców z Ostrówek wyszedłem z kryjówki na zewnątrz
szkoły. Okazało się, że oprócz mnie w budynku byli ukryci: Aleksander
Trusiuk, Aleksander Kuwałek, Czesław Suszko i Bolesław Wasiuk, którzy
schowali się w szkolnej piwnicy. Poszedłem następnie do Jagodzina, a stamtąd
do Lubomla, gdzie zostałem złapany przez Niemców i wywieziony do obozu przy
ulicy Krochmalnej w Lublinie.
opracował
Henryk Komański
Byłem świadkiem
– Tomasz Bandura lat 10
[11] 7 marca 1945 r. w godzinach popołudniowych od
strony Kalinowskiego lasu do naszej wsi Skorodyńce
przybył liczny oddział tzw. UPA. Byli ubrani w różne mundury, niemieckie,
radzieckie, cywilne. Na wozach mieli kilka ckm-ów i amunicje. Zakwaterowali w
naszej wsi. Konie umieścili w stajniach, stodołach, a swoich ludzi po
wszystkich domach. Przybywali od północy. Kazali sobie przygotować jedzenie.
Jednocześnie wszystkim zabronili wychodzenia z domów pod groźbą śmierci.
Około północy, na sygnał trąbki, wszyscy przygotowali się do odejścia, po
pół godzinie już ich nie było. Jak się później dowiedziałem była to
jakaś sotnia tzw. UPA, która przenosiła się na wschód w Bieszczady.
Następnego dnia 8 marca 1945 r. również w godzinach popołudniowych do
naszej wsi wkroczył oddział Czerwonej Armii w pościgu za tą sotnią
banderowców. Wojsko dokonywało poszukiwań po niektórych zagrodach
gospodarskich. Po krótkim czasie dowódca tej jednostki zażądał furmanek od
sołtysa. Sołtys Adamek zorganizował podwody, którymi czerwonoarmiejcy
zamierzali jechać w pogoń za banderowcami. W naszej wsi mężczyzn prawie już
nie było. Polacy i Ukraińcy zostali powołani do wojska, z tym, że znaczna część
Ukraińców zbiegłą do lasu i zasiliła bandy UPA.
W naszym domu ojciec i szwagier byli w wojsku na froncie. Powożenie
furmanką musiała podjąć moja mama, podobnie jak wiele innych kobiet z
poszczególnych zagród. Mama pożegnała się z nami i na odjeździe ostrzegała,
byśmy nie nocowali w domu, ale tylko u znajomych Ukraińców.
W domu zostało nas troje, ja, Tomasz Bandura, moja siostra Franciszka,
lat 22 z dwuletnia córeczką. Mieliśmy tego dnia wyjechać do Czortkowa. Niezbędne
rzeczy były już przygotowane. Zabranie mamy i naszego konia z wozem pokrzyżowało
nam plany. Oboje z siostrą zaczęliśmy się zastanawiać gdzie pójść na
noc. Noclegu w domu kilku sąsiadów-Ukraińców odmówiło nam z obawy o swoje
życie. Groziła im za to śmierć z rąk banderowców. Postanowiliśmy się
schronić w stajni lub w stodole u sąsiada Ukraińca, ale bez jego wiedzy. Nie
skończyliśmy jeszcze przygotowań do wyjścia, jak przyszły do nas znajome
Ukrainki: Katarzyna z „ Kamińciw” z 11-letnim synem / jej starszy
syn był w UPA/ i ze swoja siostrą, by je przenocować, gdyż Sowieci mogą
powrócić i wywieźć ich na Sybir. Nie odmówiliśmy im. Moja siostra
przygotowała dla nich posłanie w drugim pokoju.
Około północy ktoś zaczął stukać do naszego mieszkania i krzyknął
po rosyjsku: „ Adkroj”. Pomyśleliśmy, że to żołnierze sowieccy.
Siostra zapaliła lampę i poszła otworzyć drzwi. Do mieszkania wszedł wysoki
mężczyzna w sowieckim mundurze, ale z tryzubem na czapce. Popatrzył na nas i
wyszedł. Po chwili weszło trzech uzbrojonych banderowców i jeden z nich
powiedział: „Kto
tu jest obcy niech się ubiera i wychodzi”, a drugi skierował w
kierunku nas automat. Jedna z nocujących u nas Ukrainek podeszła do mnie i
powiedziała „Iwasiu” mam na imię Tomasz/ ubieraj się. Idziemy
do domu”. Byłem cały zdrętwiały ze strachu. Nie pamiętam jak
szybko się ubrałem i wyszedłem z nią. Pamiętam tylko wzrok mojej siostry,
który, jak dziś wspominam, mówił,
że więcej już się nie spotkamy. Katarzyna zaprowadziła mnie do swojego
mieszkania, kazała ściągnąć buty i ukryć się za piecem. Sama siadła na
skraju tego pieca, zasłaniając mnie swoim ciałem. W drugim pokoju jej
mieszkania banderowcy urządzili w tym czasie pijacka ucztę, bawili się i śpiewali
do samego rana.
W nocy przyszedł Wołodymyr, syn Katarzyny i świecą latarką zapytał
swoja matkę „ De je Tomko” / gdzie jest Tomek/. Jego matka
odpowiedziała, że tu go nie ma, że jak z nim wyszła na podwórze, to uciekł
gdzieś na wieś. Widać było, że jej uwierzył, bo wyszedł z domu.
Na drugi dzień wczesnym rankiem pobiegłem do swego domu. Było to 9 marca 1945 r. Moja siostra Franciszka leżała w
kałuży krwi na podłodze w pokoju. Jej dziecko leżało z piąstką pod główką,
jak gdyby spało. Podniosłem je – krew polała się na moje ręce. Było
martwe.
Tego
dnia, przed południem, powróciła moja mama z tzw. podwody. Nie potrafię
powiedzieć jak się czułą, gdy zobaczyła martwą córkę i wnuczkę. Była
jak skamieniałą. Tej nocy banderowcy zamordowali znacznie więcej innych
Polaków. Przypominam sobie takie nazwiska jak: Karola Domyka – inwalidę,
pięcioosobową rodzinę Franciszka Bandury, którego córka wyszła za Ukraińca,
Anne Szatkowską w ciąży i jej synka ( lat 12). [1] Na rubieży nr.3 /1993. [2] ur. w 1928 r., z d. Szczurowskiej, byłej
mieszkanki wsi Małe Siedliszcze, obecnie mieszkającej w Jeleniej Górze.Relacja
z Na Rubieży nr.48/2000. [3]
Jelenia Góra, 1999 rok [4] Na Rubieży nr. 17/1996, relcję tą
spisała Czesława Tarnawska. [5] Na Rubieży nr.17/1996. [6] Na Rubieży nr. 17/ 1996. [7] Autor relacji urodzony 27.VIII.1931 roku, wspomnienie ukazało się w „Na Rubieży” nr. 21/1997. [8] Na Rubieży nr 21/1997. [9] ibidem. [10] Na Rubieży nr. 44/2000. [11] Na Rubieży nr. 45/2000
|