Dokumenty. Relacje świadków zbrodni. Powiaty Ł- Z.

 

POWIAT Łucki

DOKUMENT 4
Relacja Konstantego Jeżyńskiego, byłego mieszkańca kolonii Aleksandrówka (gm. Kniahininek, pow. Łuck), bez daty (1985 r.)*

   Ja Jeżyński Konstanty, syn Józefa i Agaty z domu Urbaniak, partyzant 27 Wołyńskiej Dywizji AK, ps. Grom, [jestem] urodzony dnia 10 grudnia 1922 r. we wsi Marjanówka koło Zdołbunowa [gm. Zdołbica, pow. Zdołbunów], województwo łuckie na Wołyniu. Następnie rodzice przenieśli się w 1928 r. do miejscowości Aleksandrówka, gmina Kniahininek, powiat i województwo łuckie na Wołyniu. (...)
   Moje wspomnienia z okresu zawieruchy wojennej, przeżytych dni i lat koszmaru na Wołyniu, podpisane własnym niżej podpisem 1. Do 1939 r. współżyliśmy z Ukraińcami, obywatelami przedwojennej Polski na Wołyniu w dobrym sąsiedztwie moich rodziców jak i naszego rodzeństwa. Mieliśmy sąsiadów Ukraińców o nazwiskach między innymi: Gnat Miron, Mielnik Iwan, Kuśmierczuk Wołodka, Łotocki Stepan i wielu, wielu innych sąsiadów Ukraińców.
   Po zagarnięciu Wołynia, jak i innych terenów, przez Związek Radziecki od pierwszego dnia okupacji zaczęło się prześladowanie Polaków przez Związek Radziecki przy pomocy Ukraińców. Polscy Ukraińcy byli donosicielami do władz ZSRR, który Polak i jakie stanowisko zajmował w administracji Rzeczpospolitej, i w ten to sposób zaczęła się koszmarna zgroza, którą nam Polakom zgotowano w pośpiechu. (...) Jako pierwszego z naszej wsi wywieźli gajowego o nazwisku Suchodolski [z rodziną] (ojciec, matka, dwóch synów i dwie małoletnie córki). (...) Pod koniec okupacji ZSRR Ukraińcy zaczęli się odwracać od współpracy [z] ZSRR, a niektórzy starsi Ukraińcy mówili wprost, że jeszcze niejeden Ukrainiec zapłacze gorzko za Polską.
   W czerwcu 1941 r. wkroczyła do nas armia niemiecka. Tu nadmieniam, że zabudowanie nasze gospodarskie stało od jezdni, kierunek Łuck-Równe, około 100 m na wysokim wzgórzu, około 250 m było do brzegu lasu. Horyzont lekko falisty, bardzo daleko widoczny. Widziałem, wyglądając zza chałupy, jak zebrała się dość duża grupa Ukraińców z dziećmi i żonami, trzymali na tacy chleb, aby powitać Niemców. (...)
   Ludność ukraińska chodziła w glorji i rozmawiali między sobą, że Niemcy zbudują im niepodległą Ukrainę. I tak Ukraińcy ściśle współpracowali z Niemcami. Najpierw wskazywali Niemcom, który to Ukrainiec za władzy ZSRR był komunistą, kto współpracował z administracją rosyjską, donosili też, gdzie i u kogo ukrywa się żołnierz Związku Radzieckiego. Widziałem straszne rzeczy. Niedaleko od naszego zabudowania mieszkał biedny Ukrainiec komunista, za Polski czytał w podziemiu różne broszury [ze] Związku Radzieckiego, jego to właśnie Ukraińcy zabrali na wóz konny - doszły nas słuchy, że zadali mu męczeńską śmierć, mordując go w piwnicy Ja osobiście bardzo tego Ukraińca o nazwisku Myćka żałowałem, bo kolegowałem się z jego synami i córkami, a poza tem był bardzo dobrym człowiekiem. I tak zaczął się 1942 r. pod okupacją niemiecką. Zaczęły dochodzić słuchy i pomówienia od Ukraińców, że zbudują Ukrainę bez Polaków i ruskich Moskali, tylko trzeba zorganizować oddziały ryzunów, którzy wyrżną nożami wszystkich Polaków i Moskali. Początkowo oczywiście w te brednie absolutnie nie wierzyliśmy i przy każdej okazji takiej rozmowy śmialiśmy się z Ukraińców. Ale oto nadszedł 1943 r., który stał się zagładą dla polskiej ludności na Wołyniu. Powstała ukraińska administracja w terenie. Została powołana pod broń ukraińska policja, powstał narodowy bank ukraiński w Łucku, [w] obiegu pieniądze: marki niemieckie i ukraińskie karbowańce. Znajomi i sąsiedzi nasi Ukraińcy mówili: no Polacy, uciekajcie, bodaj pod ziemię się schowajcie, bo nadszedł czas ostateczny musimy was Polaków wszystkich wyrżnąć, bo tak każe i żąda rząd ukraiński. Ja, jako [że] od dzieciństwa rosłem i bawiłem się z rówieśnikami Ukraińcami, świetnie rozmawiałem po ukraińsku, nie dowierzając co mówią sąsiedzi, poszedłem na nabożeństwo do cerkwi, których na Wołyniu było bardzo gęsto. Stoję wśród tłumu w cerkwi i słucham przemowy popa do wiernych i to w ten sposób: "Bracia chrystajany Ukraińcy, waszym obowiązkiem jest rżnąć Polaków, a będzie niepodległa Ukraina. I na tę rzeź was błogosławię". Szybko przybiegłem do domu, opowiedziałem to Mamie i rodzeństwu, następnie sąsiadom. Powstało wielkie napięcie i strach, bo do tej pory Niemcy organizowali łapanki i wywozili ludzi do Niemiec lub rozstrzeliwali na ulicy, ale przeważnie Polaków, bo nie miał kto się za nimi upomnąć. Do naszej wsi przyjechali Niemcy [w] 1943 r., czerwcu. Kto nie uciekł, został schwytany, między innymi mnie zabrano do roboty na stację w Łucku ładować bele na wagony, ale po kilku dniach uciekłem, a wszystko z poręki Ukraińców. W 1943 r. istniały już zorganizowane oddziały żandarmerii - policji ukraińskiej, cała władza należała do administracji ukraińskiej. I oto gdzieś w maju-czerwcu 1943 r. Niemcy wydali rozkaz złożenia broni przez policję ukraińską. Ukraińcy rozkazu Niemców nie wykonali, z całem uzbrojeniem uciekli do lasów 2, z zawołaniem: rżnąć Polaków i Ruskich. Między moją wsią Aleksandrówka a Ludwiszynem [gm. Torczyn, pow. Łuck] pod lasem mieszkał Polak Łobuczek Piotr wraz z żoną, matką i miłym swoim synkiem. W wolnych chwilach od pracy w polu zajmował się wiejskim kowalstwem, naprawiając pługi, brony itp. Mama moja posyłała mnie do pana Łobuczka po naukę kowalstwa, ja osobiście polubiłem Piotrusia i jak tylko krowy zapędziłem do chlewa, to zaraz biegłem uczyć się kowalstwa. Dzień zgrozy w moim życiu to 16 maja 1943 r. [Tego dnia,] w niedzielę rano, siadłem na naszego konia z gospodarstwa i postanowiłem pojechać przez las, bo droga była o wiele krótsza do mego nauczyciela kowalstwa pana Łobuczka Piotra. Las, około 3 km przejechałem szczęśliwie, też myślałem - oby mnie banderowcy nie napadli. Gdy spojrzałem przed siebie, ze skraju lasu ujrzałem dymiące zgliszcza zabudowań Łobuczka. Opanował mnie nieograniczony strach, rozpacz, że stało się coś strasznego. Zawróciłem zaraz swoją klacz i popędziłem ją z całych sił, myśląc, że może być zasadzka na mnie. Jechałem sobie znanemi tylko dróżkami w lesie i jak się okazało, to mnie uratowało od niechybnej śmierci, bo na głównej drodze leśnej stali ryzuny, czekali na żywych Polaków. W moim domu opowiedziałem to, co zobaczyłem. Zaraz zebrała się cała wieś uzbrojonych w kosy, widły, łopaty. Dotarliśmy do zgliszcz zagrody Łobuczka, widziałem zwęglone ciała, 4 osoby, był to: Łobuczek, jego żona, matka i synek Piotruś. W tłumie przybyłych Polaków zapanował zrozpaczony bezradny gniew przeciwko bandom ukraińskim. Ale ludzie doszli do wniosku, że trzeba się szybko rozejść, ponieważ bandy ryzunów mogą otoczyć i wszystkich Polaków tu zebranych wyrżnąć. Na drugi dzień nadeszła wiadomość z sąsiedniej wsi Wsiewołodówka (gmina Kniahininek, powiat Łuck, woj. wołyńskie), że policja ukraińska przyjechała w dzień z Łucka do Wsiełowodówki i zastrzeliła bez podania powodów w ich własnym mieszkaniu rodzinę Zytowieckich: ojca, syna Bolesława, córkę Helenę - matkę puścili żywą, powiedzieli jej, że ma chodzić po Polakach i mówić, żeby się wynosili z Ukrainy 3. Nadmieniam, iż bardzo dobrze znałem rodzinę Zytowieckich. Nadmieniam, iż w tym czasie zaczęły nadchodzić do nas słuchy z innych dalszych miejscowości polskich, że zostawały wyrzynane całe wsie polskie. Na naszej wsi Aleksandrówka i wieś Antonówka [Szepelska, gm. Kniahininek] powstał popłoch. Jedni uważali, że trzeba zorganizować samoobronę, inni uciekali do miasta Łucka. W Antonówce był zakład mleczarski, którego kierownikiem był Polak o nazwisku [Michał] Małocha, imienia nie pamiętam i on to pierwszy zaczął organizować samoobronę Polaków przed ryzunami ukraińskimi i Niemcami. Rzucił hasło do wszystkich mieszkańców Antonówki, że trzeba zdobyć broń na śmiertelnym wrogu ryzunach, jak i Niemcach. I tak od żołnierzy Wehrmachtu można było kupić karabin w zamian za całego tucznika. Ja z kolegą Bronkiem Kuczyńskim ukradliśmy karabin Niemcom na stacji kolejowej Nieświcz, a było to tak. Mieliśmy na sobie długie peleryny i tylko uważaliśmy: gdy Niemiec ułożył się do snu na podłodze, a karabin oparł o ścianę, to już był nasz. Karabinek mauzer pod peleryną, wyjście na zewnątrz. Skok przez płot i już po strachu. I tak rosło uzbrojenie naszej placówki, a jednocześnie każdy nasz mieszkaniec wsi został członkiem i obrońcą swego i sąsiada życia. Komendantem placówki samoobrony Antonówka został Małocha, on to zarządził, aby małe dzieci z matkami wywieść do miasta Łucka, żeby nie przeszkadzały w samoobronie placówki, choćby przyszło jej obrońcom zginąć wszystkim w jej obronie. Nadmieniam, iż ryzuny ukraińskie kilkakrotnie próbowali i zaatakowali placówkę, przeważnie w nocy, ale przekonawszy się, że placówka czuwa w nocy z bronią, nie mogli nic wskórać. Ryzuny ukraińskie zorientowały się, że obrońcy placówki Antonówka dowożą żywność do miasta dla swoich dzieci i żon wozami konnymi i zaraz zaczęły tez rzezać Polaków pojedynczo. I tak stała się rzecz straszna. Dnia 15 lipca 1943 r. mój rodzony brat najstarszy, Kazik Urbański (nazwisko panieńskie matki 4), jadąc do Łucka z żywnością dla dzieci i żony, grupowo taborem wozów konnych z naszej wsi, został napadnięty i w bestialski sposób zamordowany w miejscowości Zaborol [gm. Kniahininek] koło Łucka. Bratu mojemu ryzuny wydłubali jedno oko i kazali uciekać, następnie na koniec ryzun dogonił koniem, zawiązał drut kolczasty wokół szyi, przywiązał do siodła końskiego i tak powlókł do pobliskiego lasu. Po kilku dniach moi bracia Ludwik, Leon, Szczepan i brata żony brat Bolek poszli szukać do Zaborolu brata Kazika. Weszli w wysokie żyto i bardzo szukając, ciała nie znaleźli. Jak wracają z żyta na jezdnię, a tu naprzeciwko idzie banda ryzunów uzbrojonych. Bracia zaczęli uciekać w wysokie zboże, a każdy w inną stronę, [aby po]ukrywać się pod miedzą. Brata mego Ludwika dopędził ryzun, miał w ręku granat i pistolet, uderzył Ludwika granatem w czoło, brat nie stracił przytomności, chwycił Ukraińca ryzuna za gardło, powalił go i tak trzymał długo uścisk na szyi Ukraińca, aż ten został uduszony uściskiem w szyję. Brat Ludwik żyje, ma na czole bliznę od uderzenia granatem przez ryzuna ukraińskiego. We wsi Zaborol, tam gdzie zginął brat Kazik, przed 1939 r. mieszkało małżeństwo mieszane. Zona Ukrainka, jej mąż Polak policjant, to żona tego policjanta była naocznym światkiem mordu mego brata, to ona zeznała nam, że brat jest zakopany pod płotem we wsi Zaborol koło Łucka w gospodarstwie Ukraińca o nazwisku Staniszewski. (...)
   Z naszej wsi został zabity Czerniak Bolesław, też przewożący żywność dla najbliższych, też w Zaborolu przybity do ziemi kołkiem drewnianym w brzuch.
   Zginął Kuczyński Bronisław, nasz sąsiad, też w Zaborolu, który ubezpieczał konwój w dowozie żywności do miasta dla zagłodzonych rodzin. Został zabity Dąbrowski Albin, nasz sąsiad, (...) jadąc wozem do zięcia po proso - koło Torczyna [gm. Torczyn, pow. Łuck]; koń z wozem przyszedł sam do domu. Nowakowski, który mieszkał na Aleksandrówce, został zamordowany w Budkach Usickich [gm. Torczyn] koło Torczyna. W mojej wsi Aleksandrówka pod lasem mieszkał pan Galewski, córka jego Janina wyszła za mąż za Ukraińca, ten zamordował swą żonę Janinę i uciekł do ryzunów, pozostawiając list, że musiał to uczynić, ponieważ władze ukraińskie dokonałyby na nim wyroku. Siostra rodzona mojej matki Aniela, z męża Łącka, mieszkała koło Zdołbunowa we wsi Marianówka, gmina i powiat Tajkury 5. Poszła odwiedzić znajomych sąsiadów Ukraińców, została schwytana przez ryzunów i powieszona żywcem za piersi w pobliskim lesie na drzewie, [zamordowana] w bestialski sposób. W tym to czasie placówka samoobrony Antonówka, bo taką to przybrała nazwę, rosła w siłę, w uzbrojenie i ludzi. Ukraińcy kilkakrotnie napadali, ale przekonali się, że nic nie mogąc wskórać, dali spokój chwilowy, organizując większe swoje siły. W tym też czasie zaczęły nas dochodzić słuchy, że gdzieś tam w lasach jest polska partyzantka o nazwie 27 dywizji AK 6, która udziela pomocy i wsparcia placówkom samoobrony. W tym to też czasie Ukraińcy nie mieli już takiego wsparcia u Niemców z donosami na Polaków. W tym też czasie Ukraińcy w straszny sposób wymordowali Żydów 7. Mieszkała u nas w pobliżu rodzina żydowska o nazwisku Chaim. Żona miała na imię Złata. Mieli troje dzieci, [z] którymi ja się kolegowałem. Kolega Szloma, jego siostra Gitla i siostra Hajka mieszkali na skrzyżowaniu trzech wsi Aleksandrówki, Wsiewołodówki i trzeciej nie pamiętam. Stary Chaim prowadził warsztat kowalski, podkuwał konie i robił pługi, wszyscyśmy bardzo tego Żyda lubieli, tak Ukraińcy, jak i Polacy. (...) Do niego to przyszła rada [ukraińskiego] chutoru i oświadczyła, że zabierają całą rodzinę celem dokonania mordu, który odbędzie się w lesie. O tym wszystkim opowiedział mnie sąsiad Ukrainiec. U mnie w domu bardzo wszyscy żeśmy przeżywali i żałowali naszego kowala Chaima, a szczególnie ja swego kolegę dziecinnych i młodzieńczych lat życia Szlomę Chaima. W tym to czasie przeżywaliśmy my Polacy na placówce Antonówka koło Łucka, koszmarne i straszne dni: z jednej strony wróg Polaków Niemcy, drugi to Ukraińcy. (...) Do dziś nie mogę zrozumieć i mam żal do tych Ukraińców mego pokolenia, co mają zbroczone polską krwią ręce. (...)
   Późniejsze moje losy związały się [z partyzantką], jako żołnierza 27 Dywizji AK na Wołyniu, którego [przeżyć] tu nie opisuję. Po wyzwoleniu Wołynia i mojej miejscowości przez Armię Radziecką, znów zaczęły się prześladowania Polaków na Wołyniu. Na skutek fałszywych donosów przez Ukraińców do władz ZSRR aresztowano komendanta placówki Antonówka Małochę i wywieziono go z zasądzeniem na wiele lat tajgów Syberii za to tylko, że był obrońcą swego życia i życia swych braci Polaków. Z opowiadań moich sąsiadów z Aleksandrówki dowiedziałem się, że komendant, obrońca placówki Antonówka wrócił z dalekiej Syberii po 5 latach piechotą do ukochanej ojczyzny (...).
   Po ustaleniu granicy na Bugu Matka moja miała duże trudności wyjechania do Polski, na NKWD oświadczano jej, że ona może i dostanie wyjazd do Polski, a to dlatego, że się urodziła w kieleckim, ale jej dzieci, to jest mój najmłodszy brat i siostra Józia są urodzeni na Wołyniu, są obywatelami Związku Radzieckiego i dlatego tu pozostaną. Mama moja zalewała się łzami przed wszechwładzą NKWD i dopiero łzami uzyskała zgodę na wyjazd do Polski z dziećmi. W straszliwych warunkach, zimową porą, przy bardzo dużym mrozie, jadąc wozem konnym od Łucka w zamojskie.

Jeżyński Konstanty "Grom" 

* W: Archiwum Glównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu-Instytutu Pamięci Narodowej: nr 638 księgi nabytków, sygn. AGK27WDAK, Vl53. Relacja wpłynęła do Środowiska Żołnierzy 27 Wolyńskiej Dywizji Piechoty AK w 1985 r.
1 Tytuł relacji pochodzi od autora.
2 Ucieczka policjantów ukraińskich do leśnych bojówek UPA miała miejsce wcześniej, w marcu 1943 r. 
3 Wiadomość wyjątkowa - nawoływanie, aby Polacy opuścili Wołyń nie występowało.
4 W relacji tej nazwisko panieńskie matki autora występuje w dwu wersjach różniących się końcówką, co jest prawdopodobnie wynikiem emocji, które towarzyszyły odtwarzaniu bolesnych wydarzeń.
5 Marianówka była położona niedaleko Tajkur, które nie były ani miejscowością gminną, ani powiatową; należała do gm. Zdołbica, pow. Zdołbunów.
6 W opisywanym czasie nie było jeszcze 27 Wołyńskiej Dywizji, a tylko oddziały partyzanckie.
7 Czas zagłady Żydów na Wołyniu (1942 r.) został przesunięty w pamięci autora relacji o rok (1943). 


DOKUMENT 5
List Longina Kubryna, byłego mieszkańca miasteczka Kołki (gm. Kołki, pow. Łuck) do Józefa Ostrowskiego, datowany 12 kwietnia 1985 r.*

   Panie Ostrowski!
   Na przełomie maja, czerwca i lipca 1943 r., w czasie gdy bandy ukraińskich nacjonalistów zaatakowały wszystkie wsie i osiedla sąsiadujące z Przebrażem [gm. Trościaniec, pow. Łuck], w miasteczku Kołki, gdzie wówczas zamieszkiwałem razem z rodziną, zostaliśmy wówczas napadnięci w domu. W wyniku tego napadu śmierć ponieśli:
1. Ojciec Andrzej, lat ok. 55, 
2. Matka Anastazja, lat ok. 50, 
3. siostra Bolesława, lat ok. 15, 
4. brat Ryszard, lat ok. 9.
   Dokładnej daty urodzenia ww. podać nie mogę, gdyż nie znam, a dokumentów na tę okoliczność nie posiadam. Mnie udało się zbiec, a raczej wyrwać się z rąk bandyty, który mnie zaatakował, gdyż wszcząłem z nim szamotaninę. W czasie, gdy doskoczyli do mnie, przystawiwszy mi karabin w piersi, odruchowo najprawdopodobniej z przerażenia, gdyż ze strachu wrzeszczałem okropnie, chwyciłem tego Ukraińca za lufę karabinu, starając się odchylić od siebie, w wypadku gdyby strzelił nie strzelił we mnie. Matka moja była wolna, gdyż Ukraińcy zaatakowali nas mężczyzn, tj. mniej i Ojca. Matka moja widząc, że się bronię, pospieszyła mi z pomocą. Dopadła Ukraińca z tyłu i chwyciła go za ramiona. Ten moment wykorzystałem i zbiegłem przez drzwi wiodące do przybudowanego do mieszkania chlewa, o którym Ukraińcy nie wiedzieli. Za mną wybiegła tym samym wyjściem moja siostra Bolesława, ale pobiegła w innym kierunku. Pamiętam, że było to w niedzielę wieczorem około godziny 21 2. Na dworze panował zmrok. Ponieważ napadu dokonano niespodziewanie, [a] ja przygotowywałem się do snu, znajdowałem się wyłącznie w koszuli i kalesonach, i boso. Gdy wyskoczyłem z domu i uciekając w wielkim przerażeniu i strachu - przesadzając kilkurzędowe ogrodzenie z drutu kolczastego, którym ogrodzone były przy domu ogródki, tak koszulę, jak i kalesony ze siebie zdarłem. Okropnie się pokaleczyłem i zostałem nagi. Gdy znajdowałem się od domu około 100-150 m usłyszałem głos Matki, która musiała wybiec za nami. Wołała "Matko Boska, gdzie moje dzieci". W tym czasie padły dwa strzały. Lament Matki ucichł. W tym czasie podpalono nasze mieszkanie. Ja dobiegłem do rzeki Styr, gdzie przebiegałem całą noc. O świcie, okrążając miasteczko, polami, zbożami przedostawałem się w kierunku Balarki 3 z myślą, że spotkam tam swoją siostrę. Przechodząc przez Hołodnicę [gm. Kołki, pow. Łuck] (polska wieś) stwierdziłem, że domy są puste 4. Nie spotkałem żadnej żywej duszy. Opuszczając Hołodnicę, usłyszałem, że w kierunku, w którym podążałem, czyli w kierunku Balarki, rozgorzała jakaś bitwa. Strzelali z broni maszynowej i pojedynczej, z działek lub moździerzy 5. Ponieważ nie mogłem zlokalizować miejsca walki, omijając główne szlaki, szedłem dalej. Gdy następnego dnia znalazłem się we wsi Marianówka [gm. Kołki], stwierdziłem że domy są powypalane. Gdy wszedłem do jakiegoś sadu, by zerwać kilka niedojrzałych jabłuszek i posilić się nimi, gdyż byłem bardzo osłabiony, obok zgliszcz domu zauważyłem kilka zwęglonych ciał ludzkich. Mieli poopalane ręce i nogi. Wiem, że byli to mieszkańcy tego domu - Polacy, gdyż była to wyłącznie wieś polska. Ogarnięty panicznym strachem nie skorzystałem z planowanego posiłku - zbiegłem byle dalej i do przodu. Wówczas skojarzyłem, że strzelanina, którą słyszałem uprzednio musiała się rozgrywać w Marianówce 6 i innych wsiach, przez które przechodziłem. Następnego dnia, idąc na przełaj lasami, łąkami i polami dotarłem do wsi, jeżeli nie mylę się, Dermanki [gm. Poddębce, pow. Łuck]. Tam też stwierdziłem zgliszcza i wypaleniska. W zasięgu wzroku naliczyłem chyba dwa ocalałe domki. Analizując sytuację, jaką spostrzegłem, doszedłem do wniosku, że ta sama sytuacja panuje we wszystkich naszych wsiach. Gdy zbliżyłem się do jednego z ocalałych domków i usiadłem sobie na płocie z żerdzi, aby ogrzać się w promieniu słońca, spostrzegłem, że kilka sztuk bydła wyszło z lasu i weszło w owies. Aby wypędzić bydło z tzw. szkody, z lasu wybiegła mała dziewczynka, lecz zauważywszy mnie podobnego do diabła, zbiegła. Za jakiś czas z lasu wyszedł mężczyzna, który też usiłował wypędzić te krowy. Gdy zbliżył się bliżej - rozpoznałem [w nim] ob. Trybulskiego. Ten rozpoznał mnie również, zaprowadził mnie do lasu, gdzie kuczowali ~ mieszkańcy tej wsi. Tam mnie przyodziano i nakarmiono. Następnego dnia rano przypadkowo spotkałem mego szwagra Tadeusza Konefała, z którym udałem się do jego ziemianki.
   W ten sposób udało mi się przeżyć całą gehennę napadu i mordu.
   Panie Ostrowski! To, co Panu opisałem, to jest tylko przeżycie moje opisane w bardzo wielkim skrócie. W tej chwili nie jestem zdatny ani do pisania, ani do myślenia. Po prostu sam jestem chory i mam bardzo wielkie kłopoty z bardzo chorą moją żoną. Może kiedyś spotkamy się w Malborku, to wówczas uzupełnię Panu swoje opowiadanie. (...)

* W: Archiwum Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu-Instytutu Pamięci Narodowej: nr 638 księgi nabytków, sygn. AGK27WDAK, V/8.
1 Autor listu miał wówczas 18 lat.
2 Napad miał miejsce 4 lipca 1943 r.
3 W okolicach Kołek nie znaleziono na mapie miejscowości o nazwie Balarka. Mógł to być futor o takiej nazwie, nieoficjalnej, albo lokalna nazwa geograficzna jakiegoś miejsca (np. lasu, uroczyska).
4 Hołodnica została ostatecznie opuszczona przez Polaków miesiąc wcześniej, 5 czerwca 1943 r. (zob. Hołodnica, gm. Kołki, pow. Łuck).
5 Autor listu słyszał odgłosy walki oddziałów UPA z samoobroną Przebraża (zob. Przebraże, gm. Trościaniec, pow. Łuck) 5 lipca 1943 r. rana.
6 W tym czasie Marianówka, podobnie jak Hotodnica, była opuszczona przez Polaków. Całkowite spalenie kolonii miało miejsce w czerwcu 1943 r. Zob. wyżej przyp. 5.
7 Pisownia zgodna w wymową gwarową. Winno być "koczowali". 


Materiały pochodzą z książki Władysława i Ewy Siemaszków pt. "Ludobójstwo".